• Pepe 1
  • Pepe 2
  • Pepe 4
  • Pepe 5

Konstytucja do garnka czyli o tym jak hasła budują politykę

Leave a Comment
Największe zasługi w wygraniu tych wyborów przez Dudę ma zarząd PO. Dlaczego?

Jest kilka powodów. Od kilku dobrych lat Platforma Obywatelska przestała być partią, która ma jakiś program czy wizję dla Polski. Stała się partią, która stawia siebie w opozycji do PISu i na tym opiera całą swoją retorykę i działania nie oferując tak naprawdę nic w zamian. Żadnych rozwiązań, żadnych pomysłów. Nic. Ich hasła są niewyraziste, niewidoczne, nieistniejące.
Jesteście w stanie wymienić z jakim PROGRAMEM szedł po prezydenturę Trzaskowski? Bo ja nie.
A Duda... Proszę:
- Obrona tradycyjnych wartości, obrona 500+, czternasta emerytura, kontynuacja zmian i programu, które realizuje rząd. To są wyraziste, łatwo zapamiętywalne hasła. Hasła, które mogą trafić na ulotki, na paski partyjnej publicznej telewizji, na pierwsze strony gazet i nagłówki internetowych artykułów. Całych artykułów już i tak nikt nie czyta. Czyta się hasła. Głosuje się na hasła. Proste hasła.
Stąd zatrważająca i rosnąca siła Konfederacji, której hasła są proste, wyraziste i jeszcze raz podkreślę: zapamiętywalne! A PO? A PSL? SLD? Jakie oni mają hasła? Żadne.
PO krzyczy: Obronimy konstytucję! Obronimy sądy! Ale jakie sądy? Sądy, w których sprawy ciągną się latami, gdzie na wyroki czeka się w nieskończoność.
Gdzie hasło: Naprawimy sądy. Hasło mówiące o tym jak te sądy naprawić, jak usprawnić ich działania, jak coś w nich zmienić?
Stanie na straży konstytucji i praworządności w Polsce to niestety za mało by wygrać wybory. Liczy się gospodarka i pieniądze i to co ludzie włożą do garnka. A konstytucja do garnka nie trafia. Słowa w niej napisane nie napełnią głodnego brzucha. A 500+ już tak. I płakanie tu nic nie pomoże.


Zobaczcie zresztą jak głosował Wschód, wsie i małe miejscowości. Przytłaczająca przewaga na rzecz PISu. Platforma Obywatelska nic im nie zaoferowała. Nic. Żadnego programu, żadnych rozwiązań. Jedynie slogany o konstytucji, której pewnie większość i tak nie zna i nie rozumie. I nie piszę tu tylko o obecnej kampanii prezydenckiej ale o całym okresie przemiany ustrojowej. Zapomniano w niej o wsi i małych miastach. O infrastrukturze, o drogach, kolei, internecie, o szpitalach i ośrodkach kultury. Zlikwidowano połączenia, pozamykano szkoły i miejsca pracy. Spora część społeczeństwa została wykluczona społecznie i gospodarczo. Są miejscowości do których nie dociera żaden transport publiczny, w których nie ma dużych ani średnich przedsiębiorstw, turystyki, ośrodków zdrowia i wcale daleko szukać nie muszę. Wystarczy, że spojrzę za przysłowiową miedzę. Miejscowość obok. Do Krakowa 40km a połączeń, perspektyw i pracy brak. Godnej pracy. Pracy która zapewni godne życie i pozwoli utrzymać rodzinę, wyedukować dzieci i wyrwać je z tego pędzącego perpetum mobile biedy i wykluczenia. Co mieszkającym tam ludziom zaproponował Trzaskowski i Platforma Obywatelska? A to przecież zaledwie 40km od Krakowa. Co z miejscowościami na Podkarpaciu, Podlasiu, w Lubelskim czy Świętokrzyskim.

Spójrzmy też na demografię Polski. To właśnie tam wciąż mieszka większość społeczeństwa (55-60%). W małych miastach i wsiach. I właśnie ta większość wybrała nam prezydenta. Większość o której głosy, żadna inna poza PISem i PSLem partia nie walczy. PO oddała polską wieś walkowerem, nigdy nie mając dla niej planu ani pomysłu. PO to typowa partia miejska, skupiająca się na problemach i rozwoju miast. I to właśnie dlatego PO nigdy nie zdobyło większości w skali całego kraju. Polska wciąż wsią stoi. Nawet w najlepszym momencie musieli liczyć na PSL, który reprezentował wieś, te kilka brakujących procent konieczne, by zniwelować różnice demografii. Prosta statystyka. PIS to dostrzegł i dzięki temu wygrywa.

Transformacja ustrojowa i społeczna na wieś nie dotarła. Owszem są dopłaty do rolnictwa, są pieniądze na nowe traktory dla przedsiębiorczych rolników ale przecież to pieniądze z Unii a nie od PO. PO nic im nie dało. Nigdy. A PIS dał. 500plus, emeryturę, podniesienie pensji minimalnej. Co więcej PiS jest po stronie kościoła, a gdzie Ci wszyscy ludzie chodzą w niedzielę? Do kościoła właśnie. W soboty jeżdżą na dyskoteki, od poniedziałku do piątku zasuwają do słabo opłacanej pracy w jakiś foliach, ogrodach, na budowach czy rzeźniach i pracują za minimalna krajową. Dla nich 500plus to zdecydowane podniesienie standardu życia. Co ich sądy czy tolerancja obchodzi. To nie ich podwórkowy problem. To problem dużych miast i biznesu. 'Tamtych złodziei'. Tych co kradli i dalej by kradli, gdyby znów wrócili do koryta władzy. I nie ważne, że obecna władza też kradnie, że tworzy struktury pełne kolesiostwa i wzajemnych układów. Tamci przecież też kradli. Co więcej sprzedali nas Zachodowi! Ci chcą sprzedać Wschodowi ale robią to przynajmniej po cichu. Tusk spotykał się z Merkel ale widział ktoś kiedyś Kaczyńskiego z Putinem? Nie. Robią to po cichu.
Głośno wprowadzają 500plus, a po cichu zabierają te same pieniądze poprzez rosnącą inflację. Szybko i intensywnie wprowadzają zmiany ustawodawcze, by powoli rozkładać na czynniki pierwsze instytucje państwowe. Ale jakie to ma znaczenie? Wystarczy odpowiednia retoryka, odpowiednie nakierowanie i silna propaganda. No i wróg. Wspólny wróg. Tym razem wybór padł na LGBT. LGBT które atakuje i za wszelką cenę chce zniszczyć tradycyjną polską rodzinę. Uderzyć w jej fundamenty. Wtargnąć brutalnie do domu i porwać nam syna lub córkę. Zniszczyć kościół i polskie wartości. Wcześniej był to cudzoziemiec, imigrant, uchodźca, muzułmanin, terrorysta... Teraz gej, lesbijka, eutanazja i aborcja. Czekam na kolejne 5 lat i kolejnych wrogów Polski, którzy szturmują nasze drzwi. Dziennikarze, aktywiści, pisarze, artyści? Kto następny? Na pewno ktoś "inny". Ktoś spoza tradycyjnej polskiej nietolerancyjnej wsi.

Sporą część swojego życia mieszkałem na wsi i dochodzę do wniosku, że postawa tolerancji jest obca polskiej wsi, a jest wynikiem wykluczenia społeczno-ustrojowego. Odosobnienia. Izolacji względem świata i obcych. Na wieś nie trafiają przypadkowe osoby. Sieć kontaktów towarzyskich jest stała. Niezmienna przez lata. Ci sami ludzie, te same twarze. Kto chciał, już dawno wyjechał. Młodzi na wieś nie wracają. Do czego mają wracać? Przepaść w zarobkach między miastem a wsią stale się pogłębia. Z roku na rok różnice w dochodach i poziomie życia stają się coraz większe. Ci co zostali na wsi czują się wykluczeni. Ich poglądy się utwardzają, stają się jeszcze bardziej tradycyjne, zamknięte. Zamknięte na obcych, bo obcych tam nie ma. Wystarczy, że na wsi pojawi się cudzoziemiec. Nie daj Boże gdyby był czarny. Czarny znaczy się imigrant. Imigrant znaczy się niekatolik. Muzułmanin pewnie. Przyjechał zapewne po to by dobrać się do ich córek. A może to gej? Czarnoskóry gej, pogromca naszych słowiańskich niewinnych synów. Co sąsiedzi powiedzą!? Nic, ich dzieci zostały przecież już dawno adoptowane przez parę lesbijek z Warszawy wspieranych przez Trzaskowskiego i jego ekipę. Ekipę, która doprowadziła do sprzedaży Polski Merkel... 

I tu znów pojawia się PO. Znienawidzone PO, które podniosło VAT, wiek emerytalny i zlikwidowało OFE. Powyższe - to jedynie hasła, ale raz jeszcze to właśnie hasła budują politykę. Budują też negatywny elektorat, który PO ma większy od PISowskiego. Wyniki tych wyborów doskonale to obrazują. Co więcej PO jest tego w pełni świadome, a mimo to w ostatniej chwili podmienili kandydata, próbując ratować pogrążoną w kryzysie partie. Tak, ratowali partię a nie państwo. I to mam im za złe. Sondaże jasno pokazywały, że największe szanse na wygraną w drugiej tourze z Dudą miał Hołownia lub Kamysz. Platforma Obywatelska postanowiła jednak za wszelką cenę zdobyć władzę. Postawiła wszystko na jedną kartę i przegrała. Niestety w moim odczuciu przegrała Polskę w imię partyjnych interesów i to w tak kluczowym dla jej przyszłości momencie. 

Nie wiemy jeszcze dokąd te wybory nas zaprowadzą ale wygląda na to, że nasza najbliższa przyszłość właśnie obrała pewny twardy kierunek, znane i testowane przez ostatnie lata tory, a wiodą one prosto na Węgry, do Turcji, na Wschód. 

Ekonomia Decoronacji

Leave a Comment

Odnoszę wrażenie, że ludzie wciąż nie są świadomi zmian, które dzieją się na naszych oczach. Wirus, który rozprzestrzenia się po całym globie, będzie miał, a właściwie już ma katastrofalny wpływ na światową gospodarkę. W moim odczuciu nadciąga największy kryzys społeczno-ekonomiczny naszych czasów i nie jest to kryzys o przyczynach stricte ekonomicznych. Problem tkwi dużo głębiej. To kryzys mobilności. 
Obecność i rozprzestrzenianie się wirusa już doprowadziło do zerwania kontaktów biznesowych, społecznych, kulturalnych, ludzkich. W przeciągu tygodnia padła turystyka i to nie tylko nasza Polska. Globalna. O jakiejkolwiek turystyce we Włoszech, Hiszpanii czy Francji w tym roku możemy już zapomnieć. A to największe rynki turystyczne świata! I na tym nie koniec. Następne w kolejce są usługi hotelarskie, konferencyjne, gastronomiczne, sportowe i kulturalne. Przemysł lotniczy ale i szerzej, komunikacyjno-transportowy już ledwo dyszy, a wirus przecież dopiero się rozkręca i z każdym kolejnym dniem uderza w kolejne sektory gospodarki w tym, w tą najważniejszą współcześnie część, szeroko rozumiane usługi. Zabija je niemal doszczętnie, a to właśnie w usługach pracuje znaczna część współczesnych ludzi. Ani się obejrzymy a upadek turystyki i gastronomi doprowadzi do astronomicznego wzrostu bezrobocia. Zostaną zamknięte bary, restauracje, hotele, sale konferencyjne, salony fryzjerskie, i dziesiątki innych do których funkcjonowanie niezbędny jest kontakt człowieka z człowiekiem. Ten bezpośredni. Nie wirtualny.
Już teraz widać, że wirus COVID-19 infekuję całą gospodarkę. Na razie powoli. Tak samo jak ludzi. Ujawnia się dopiero po kilku dniach i zaraża kolejnych. Zanim jesteśmy w stanie go wykryć i zlokalizować on już jest dalej. Krok przed nami. Upadek hoteli przełoży się na załamanie rynku nieruchomości wokół którego zdążyła wyrosnąć olbrzymia bańka inwestycyjno-spekulacyjna. Zaciągane kredyty pod mieszkania w celu wynajęcia ich na Airbnb muszą zostać jakoś spłacone. Turyści przestali przyjeżdżać, ale kredyty pozostały. Oferty wynajmów mieszkań z krótkoterminowych zamienią się na długoterminowe. Właściciele desperacko będą potrzebować innego źródła pokrycia kredytów. Ceny wynajmów polecą więc na łeb na szyję, a i tak rzesza ludzi nie będzie miała z czego opłacić wynajmu. Drukowane przez rządy pieniądze spowodują gwałtowny wzrost inflacji, przy jednoczesnym spadku produkcji, bo wirus przyczyni się do spadku produkcji towarów. Zainfekowane fabryki przestaną pracować. Zacznie brakować produktów. Jednocześnie ludzie zaczną tracić swoje źródła dochodów, bo kto w takiej sytuacji będzie wydawać pieniądze na strzyżenie psów, dekorowanie mieszkań, tworzenie nowych stron internetowych czy też robienie sobie nowych tatuaży. Te ostatnie i tak już teraz są zresztą zabronione, bo kontakt z drugim człowiekiem jest zbyt bliski. Zbyt ryzykowny.
Obawiam się, że szybciej niż nam się wydaje ludzie przestaną ufać ludziom. Jeszcze szybciej bankom. Już w pierwszych dniach kryzysu widziałem kilkudziesięciominutowe kolejki do bankomatów na Jamajce. Kilka dni później to samo w Nowym Jorku. W kryzysowej sytuacji zawsze dobrze mieć gotówkę. Masowe wyciąganie pieniędzy z banków w sytuacji wzrastającej niepewności jest zjawiskiem powszechnym i stale powtarzającym się podczas kryzysów. Błyskawiczny odpływ kapitału z banków przy jednoczesnym wzroście niespłacanych kredytów, a tych z dnia na dzień będzie tylko więcej, bo jak spłacić kredyt gdy nie możemy prowadzić swojej restauracji, kwiaciarni czy sklepu z pasmanterią, doprowadzi do upadku systemu bankowego. I żadne wpompowanie nowych pieniędzy na rynek nie pomoże, bo nie rozwiązuje podstawowego problemu. Nie trafia w jego źródło, jakim jest załamanie mobilności społecznej. Efekty widać już dziś. Astronomiczny wzrost bezrobocia w USA już stał się faktem. Co się stanie gdy największa gospodarka świata, gospodarka oparta na usługach, na mobilności, na kontaktach między ludźmi upadnie… Jeśli szybko nie powstrzymamy tego wirusa będziemy musieli się zmierzyć z najpoważniejszym kryzysem ekonomicznym ale i społecznym, kryzysem, którego skali na chwilę obecną nie sposób nawet przewidzieć.
Pierwsze oznaki jednak już się pojawiają. Wzrost zarażonych, a w konsekwencji zgonów doprowadził do paraliżu służby zdrowia we Włoszech czy w Hiszpanii, gdzie lekarze muszą już teraz stawać przed tragicznymi wyborami ratowania tych którzy mają największą szanse przeżycia lub są najbardziej przydatni społecznie. A mamy dopiero pierwszy miesiąc epidemii. Liczby wciąż rosną. Na chwilę obecną na świecie zakażonych jest ponad pół miliona ludzi. Pół miliona! Liczba ta podwoiła się w tydzień. Jak będzie wyglądać za kolejny tydzień? Miesiąc? Kwartał?
I zakładając nawet, że wszystko w miarę szybko się skończy, w co po prostu nie wierzę widząc pojawiające się na ekranie mojego komputera, rosnące w astronomicznym tempie liczby, jak będzie wyglądał choćby transport międzynarodowy w nowym pokoronowym świecie? Kiedy i CZY zostaną otwarte granice, bo który z rządów jako pierwszy zdecyduje się na taki krok i weźmie na siebie to ryzyko? Przecież wystarczy jeden, przypadkowy turysta z Argentyny, który zasiedział się gdzieś w Buenos Aires przy swojej yerba mate i zatruł się andyjską alpaką, by wszystko znów zaczęło się od nowa.  

To wszystko to tylko jeden ze scenariuszy. Mam nadzieję, że dalece nierealny. 

Decoronacja

7 comments
Tydzień... To niesamowite jak życie człowieka może zmienić się w tydzień. W zeszły czwartek siedziałem na pokładzie samolotu z Islandii na Jamajkę. Potrzebowałem udać się na wakacje. Odpocząć od ciężkiej zimy na Islandii. Tak ciężkiej, bo w przeciwieństwie do Polski tu na Islandii tegoroczna zima dała nam w kość. Sztorm za sztormem, śnieżyce, huragany i wiatr momentami osiągający porywy rzędu 200km/h. Dodatkowo dość nieprzyjemne zdarzenia, które mnie dotknęły w tym roku sprawiły, że naprawdę potrzebowałem odpocząć. Odpocząć od zimna i mroku, które ogarniają Islandię zimą, ale też od pracy na lodowcu. Dodam do tego jeszcze pożar w garażu, styczniową chorobę, której efektem jest trzymający się mnie do dzisiaj przewlekły kaszel oraz wydarzenie z 16. stycznia, gdy znalazłem w pracy parę zamarzniętych turystów z Chin...

Potrzebowałem słońca i spokoju. Wyrwania się na chwilę z tej islandzkiej izolacji. Jamajka wydawała się idealnym wyborem. Bilety kupiłem w styczniu. Razem z jednym z moich przyjaciół Piotrkiem mieliśmy spędzić tydzień na Karaibach. Odpocząć. 

Drogę powrotną zaplanowałem tak, by udać się do Turcji i spotkać się z moją dziewczyną, której nie widziałem od kilku miesięcy. Lotów sporo, wydatków sporo ale to miał być wyjazd, który miał odmienić moje życie. Coś w nim zmienić. Nie spodziewałem się wówczas jak bardzo...


Czwartek. 
W dzień wylotu dostałem telefon od Piotrka:
- Szczepan, nie lecę...
Decyzja w pełni zrozumiana. Mamy 12 marca. Wirus się rozprzestrzenia. Pojawiają się pierwsze zachorowania w Polsce, na Islandii i w coraz większej ilości państw świata. Na Jamajce wciąż nic. W Turcji tak samo. 
- Piotrek, rozumiem. Ja lecę. Najwyżej skrócę wyjazd i polecę prosto do Turcji. Także nic się nie przejmuj. Jamajka i Turcja póki co bezpieczne. 
Po kilkunastu godzinach lotu znalazłem się na Jamajce. Słońce, plaża, spokój. Jak bardzo tego potrzebowałem. Z lotniska udałem się prosto do hostelu w centrum Montego Bay. Zakwaterowałem się i poszedłem spać. 

Piątek.
Rano budzi mnie telefon:
- Babcia zmarła. Dziś nad ranem. Pogrzeb we wtorek...
Zamarłem... To nie może się dziać. Co robić? Wracać do Polski? Jak? Którędy? Muszę zobaczyć loty. 
Otwieram laptopa. Komunikat: Jutro Polska zamyka granice... 
- Nie... to się nie dzieje. To nie może być prawda. Ja chyba wciąż śpię. Niech ten sen się skończy - pomyślałem. Powoli dociera do mnie, że nie mam szans przylecieć na pogrzeb. Nie zdążę...
Co robić? Przecież pobyt tu teraz, w takiej sytuacji nie ma najmniejszego sensu. Ale co z Elą... Przecież tak długo czekałem, by się z nią spotkać. 
Zapada decyzja. Zmieniam loty. Lecę wcześniej do Turcji, dosłownie na kilka dni i stamtąd jakoś dostanę się do Polski. Nie wiem jeszcze jak ale spróbuję.
Wchodzę na stronę linii lotniczej. Call Center zamknięte. Muszę czekać do poniedziałku...

Sobota. 
Czekam. W niedzielę zamykają granice w Polsce. Siedzę prze komputerem i nie mogę oderwać się od serwisów informacyjnych. Napływają kolejne informacje. USA anuluje połączenia z Europą. Jamajka zawiesza połączenia z Wielką Brytanią. Ostatnie połączenie do Europy jest do Brukseli ale dzwonić mogę do nich dopiero po weekendzie... Loty przez Ukrainę do Turcji już mi odwołali... Ukraina zamknęła swoje granice. Co tu robić?
Czekam...

Niedziela.  
Zadzwonię jutro. Z samego rana. 

Poniedziałek. 
Dzwonię. Kilkanaście minut czekania na linii. Nikt nie odpowiada. Linie przeciążone. Dzwonię nieco później. Raz jeszcze. I jeszcze raz. 
- Dzień dobry, chciałem zmienić datę swojego lotu do Belgii. 
- Przepraszam ale jest to niemożliwe. Loty do Belgii zostały anulowane. Proszę poczekać do piątku na więcej informacji. Teraz niestety nie jestem w stanie nic Panu zaproponować.
Do piątku... Jest poniedziałek. Wchodzę na serwisy informacyjne. Turcja zawiesza połączenia z dziewięcioma krajami europejskimi, w tym z Belgią. Kolejne kraje zamykają granice i anulują loty. 
Co robić? Czekać do piątku? Czekać do 24 marca i po prostu spróbować wrócić lotem, który mam zabookowany ale już odwołany?? 
Do Turcji nie wlecę... To już pewne. A jeśli jakimś cudem wlecę to czeka mnie kwarantanna. Lecieć do Polski? Ale jak skąd? Z Jamajki nie ma żadnego połączenia i raczej nie spodziewam się, że ktoś jakieś zorganizuje...
Rozważam różne scenariusze. Zostać tu i przeczekać? Ale jak długo dam radę? Zamykają restauracje, sklepy... w bankomatach kilkudziesięciometrowe kolejki by wybrać pieniądze. Co gdy sytuacja tu eskaluje? Gdzie szukać wtedy pomocy? Co gdy skończą się pieniądze na pobyt w hostelu? Co z jedzeniem? Co gdy wprowadzą zakaz wychodzenia na ulice jak we Włoszech...?

Lecieć do Nowego Jorku i stamtąd rządowym samolotem do Polski? Na szczęście mam zieloną kartę więc do USA mogę wlecieć... Ale co z tymi co nie mają? Jak oni wrócą do domów? Którędy? A co jeśli mam wirusa i kogoś zarażę? Albo w drodze ktoś mnie zarazi i ja później zarażę innych... Milion myśli jednocześnie pędzi przez moją głowę i nie może znaleźć rozwiązania.... 

Decyzja. Wracam przez USA na Islandię. Tam mam pracę. Mam służbowe mieszkanie. Ilość osób zarażonych jest wysoka. Procentowo najwyższa na świecie ale przy tak małej populacji całego kraju o takie statystyki nie trudno. Ważne, że granice są wciąż otwarte. Może zdążę. 

Do Polski nie wracam. Co jeśli w drodze powrotnej złapię wirusa i przywiozę go do domu? Nie, na takie ryzyko nie mogę się zdecydować. Lecę na Islandię. Tam przeczekam. Wciąż mam obie prace. Jedną jako przewodnik na lodowcach, drugą w Polsce. Zdalną. Dla wyszukiwarki lotów. Co jednak gdy wszystkie granice zostaną zamknięte i ludzie przestaną latać i podróżować? Długo te firmy pewnie nie wytrzymają ale o to będę się martwił jak dolecę.

Wylatuję jutro do Nowego Jorku. Nie ma co czekać. Tam mam znajomych. Mam zieloną kartę, jak do Europy nie wrócę to przynajmniej w USA będę mógł mieszkać i pracować. Ale co jeśli złapię tam wirusa? Przecież nie mam ubezpieczenia... Na leczenie nie będzie mnie stać. To USA... za samo wezwanie karetki trzeba tam zapłacić ponad tysiąc dolarów nie mówiąc już o całym procesie leczenia COVID-19. Wstępne informacje mówią nawet o trzydziestu pięciu tysiącach dolarów, w optymistycznej wersji... 
Zaczyna się wyścig. Co jeśli USA zamkną granice i lotniska i rzeczywiście będę tam musiał zostać na dłużej.

Wtorek.
Opuszczam Jamajkę i przez Orlando lecę do Nowego Jorku. Pogrzeb babci spędzam siedząc w samolocie z maską na twarzy. Łzy ciekną mi po policzkach. 

Środa.
W Nowym Jorku spędzam dzień u dobrej znajomej z liceum. Mieszka na Queensie z rodziną. Jedziemy na zakupy. Kolejki wszędzie. Limity na zakup większej ilości produktów już wprowadzone. Restauracje pozamykane. Po raz pierwszy na Times Square można zrobić sobie selfie bez ludzi w tle. Niemal cały Manhattan można przejechać na jednych światłach. A tu dopiero to wszystko się zaczyna. Cisza przed burzą.
Decyduję się na lot na Islandię przez Londyn. Krzysiek, mąż Ani zawozi mnie na lotnisko. Wylatuję jednym z ostatnich samolotów. Następnego dnia władze Nowego Jorku postanawiają zamknąć lotniska.

Czwartek. 
Ląduję na Islandii. Zero pytań, żadnej kontroli. Nikt nic nie sprawdza, nic nie weryfikuje. Wsiadam w autobus do Reykjaviku. Dzwonię do swojego szefa:
- Wylądowałem na Islandii. Jadę właśnie do Reykjaviku. 
- Gdzie zostaniesz na kwarantannie?
- Planowałem wrócić do Litlakot - odpowiadam. To baza przewodników w której mieszkam na stałe w okolicach lodowca Solheimajokull. 
- Wykluczone! Jaką mamy pewność, że kogoś nie zarazisz? Przecież tam są inni przewodnicy. 
- Ale co ja mam zrobić? Przecież ja tam mieszkam na stałe.
- Hmm może spróbuj zatrzymać się w jakimś hostelu na ten czas?
- W hostelu, na 14 dni kwarantanny? Żaden hostel mnie nie przyjmie. Poza tym, tam przecież też mogę ludzi zarazić.
- Hmm to może spróbuj w Czerwonym Krzyżu. Może oni Ci pomogą...
Dzwonię do Roberta, znajomego z pracy.
- Robert... Nie pozwolili mi wrócić do Litlakot... Nie mam gdzie się zatrzymać...
- Wbijaj do mnie. Jest wolny pokój w piwnicy.
- Znów mnie ratujesz!
Wsiadam w autobus do Reykjaviku. W autobusie oprócz mnie nie ma ani jednej osoby. Jadę do miasta. Z pętli szybkim krokiem udaję się do mieszkania. Wypakowuje rzeczy w pokoju-piwnicy, która przez następne dwa tygodnie będzie moją izolatką. 

Piątek.
Otwieram laptopa. Dwa nieprzeczytane maile. Dwa wypowiedzenia z pracy. Niemal o tej samej godzinie... 
Wyszukiwarka lotów dla której pracuję jest w katastrofalnej sytuacji. Muszą zwalniać ludzi. Jestem jednym z pierwszych. Stanowisko copywritera i Social Media Menadżera w zaistniałej sytuacji okazuje się zbędne. Rozumiem ich. Nie mam za złe. Muszą ratować firmę. Rozstajemy się z dnia na dzień po 5 latach współpracy.
Drugi email. Ze względu na spadek liczby turystów na Islandii niemal do zera, brak nowych rezerwacji i obowiązkową kwarantannę przyjezdnych firma musi podjąć drastyczne działania by przetrwać. Niemal wszyscy przewodnicy zostają zwolnieni. Zostaje garstka z najdłuższym stażem pracy. Zostaję bez źródła dochodu z kredytem na mieszkanie w Polsce.

Sobota.
Nie wiem co przyniesie poniedziałek ale mam pewne obawy...


Powrót na Islandię Januszy Podróży

Leave a Comment
Powrót na Islandię z Katmandu zajął mi ponad 48h, przebiegał w sumie całkiem gładko. 12h w Katarze, 13h w Londynie, do momentu, kiedy nie wylądowałem w Keflaviku...

Czterdzieści minut marszu z lotniska do zaparkowanego w mieście samochodu, z 25 kg plecakiem, po oblodzonej ścieżce pieszo-rowerowej, z której oczywiście prawie nikt nie korzysta, nie należał do najłatwiejszych. Swoją drogą podziwiam i jednocześnie nie rozumiem ludzi, którzy wybierają się na Islandię na rowery! Serio! Jeśli w twojej głowie rodzi się pomysł, by spakować rower i ruszyć do krainy lodu i ognia to NIE RÓB TEGO! 

Tu nie ma ścieżek rowerowych, no może poza tą jedną na lotnisko, więc objeżdżając wyspę dookoła korzystasz z tej samej drogi (o poboczu zapomnij, właściwie nie istnieje) co kierowcy TIRów czy autobusów widmo. Podobno istnieją tu autobusy i ktoś tu na tym pustkowiu nawet widział jakiś autobus komunikacji publicznej którym można objechać wyspę, to jednak bliżej temu do legend o elfach i trollach niż do niemieckich punktualnych czy też po prostu jakichkolwiek rozkładów jazdy. 

Generalnie droga jest jedna tzw. jedynka i prawie na całej długości asfaltowa i to właśnie z niej korzystają wszyscy, łacznie z pasterzami owiec i co najgroźniejsze TURYSTAMI, a Ci z niewiadomych przyczyn widząc owcę czy konia na pastwisku stają się całkowicie nieprzewidywalni w swoim zachowaniu. Może uruchamia się w nich instynkt łowiecki albo jakiś inny... Co mam na myśli opiszę wykorzystując cytat z pewnej książki o Irlandii: "Irlandia to piękny kraj, gdzie mężczyźni są mężczyznami, a owce chodzą niespokojnie".

Tak czy inaczej turyści widząc owcę potrafią zatrzymać gwałtownie pojazd, by zrobić zdjęcie, bo oczywiście wyjazd na Islandię bez selfie z owcą czy koniem się nie liczy. Koń na tapecie musi być i basta. Zeszłej zimy dwójka turystów z Litwy postanowiła uwiecznić owcę na tapecie i jadąc główną drogą nagla zatrzymała pojazd. Jadący za nimi po oblodzonej drodze autobus nie był w stanie zahamować i by uniknąć zderzenia z Litwinami zjechał na bok i wypadł z drogi. W konsekwencji jedna osoba podróżująca autobusem zginęła, a kilkadziesiąt zostało rannych. (LINK)

Ale wracając do roweru, oprócz największego zagrożenia jakim niewątpliwie są turyści na drodze czeka na Was równie nieprzewidywalny i niemniej nieprzejednany wiatr, który potrafi wiać z każdej ale to każdej strony, a tu moi drodzy nie bardzo jest się gdzie schować. Drzewa Was też raczej nie ochronią. Dlaczego? Cóż...

Wiecie co zrobić na Islandii, gdy zgubicie się w lesie?
Należy wstać!

Wiatr nawietrzala i nawietrzala, a przed Wami kilkadziesiąt kilometrów otwartej przestrzeni do najbliższego miasta. By oddać skalę zjawiska opowiem pewną anegdotę. Kiedyś mój znajomy po przylocie na lotnisko otrzymał komunikat od pilota, że niestety nie mogą wyjść z samolotu, bo wiatr jest tak silny, że obsługa nie jest w stanie otworzyć drzwi od samolotu. Najbliższe kilka godzin spędzili patrząc się przez okno na płytę lotniska i wypijając cały dostępny na pokładzie zapas alkoholu.

Dodajcie do tego wiatru jeszcze deszcz, śnieg czy lód. Tak, jeśli rozważasz wyjazd na Islandię rowerem to ja dopuszczam również opcję, że możesz planować taki wyjazd i zimą. W sumie jak to mówią, w szaleństwie jest metoda.

Ale przecież nie o rowerach miało być, a o powrocie z Nepalu do krainy lodu i ognia, choć, by być bardziej poprawnym powinienem rzec krainy owiec i wiatru. No i Islandia od razu przypomniała mi jak bardzo kapryśną potrafi być krainą. Nie wiem czy się za mną stęskniła czy też obraziła, bo przywitała mnie zimnem, chłodem, śniegiem, wiatrem i rozładowanym akumulatorem w samochodzie. Po dwóch dniach podróży ostatnie czego oczekujecie o pierwszej w nocy to przedzieranie się w zimnie i wietrze do samochodu, który ku waszemu zaskoczeniu nie działa... I co tu teraz zrobić? Za 8 godzin zaczynacie pracę 200km od miejsca w którym jesteście, jest sobota i środek nocy. Gdzie dzwonić? Co robić? Wezwanie pomocy drogowej kosztuje niemal tyle co sam samochód, nie mam kabli ani startera, gdy próbuję zatrzymać jakieś przejeżdżające nocą samochody to omijają mnie szerokim łukiem przyśpieszając jeszcze do tego. Łapie taksówkarza, mówi, że nie ma kabli. Dzwoni na centralę, by zapytać czy inne taksówki nie mają. Zero. Nikt. Nie wierzę. Wracam do samochodu. Może przeczekam do rana. Zamarznięty panel przede mną szybko podpowiada mi, że nie jest to dobry pomysł. Wracam na lotnisko. I znów wiatr, mróz i oblodzona ścieżka.

Kumpel w Reykjaviku nie ma kabli, znajoma w Keflaviku smacznie śpi. Jedyna nadzieja to wypożyczalnie samochodów. Większość pozamykana. Avis o dziwo otwarty. Podchodzę i wyjaśniam sytuację. Odsyłają mnie do biura za parkingiem. No więc znów, wiatr, mróz i oblodzona ścieżka i slalom wśród zaparkowanych chaotycznie samochodów. Docieram. Mówią, że teraz to mechaników nie ma, a nawet jakbym chciał wypożyczyć samochód to i tak nie mają w nim kabli i startera. Wracam zrezygnowany na lotnisko. Wiatr, mróz i oblodzona ścieżka, w kółko to samo. Powtarzalność jak w Nepalskiej mandali. Obsługa też to samo. Nikt nie ma kabli. Wychodzę na zewnątrz szukać taksówkarzy. To samo. Brak kabli. No ja mandalę! Wracam i wychodzę, wychodzę i wracam. Może któraś taksówka jednak będzie miała te kable. Jest! O czwartej nad ranem udaje mi się znaleźć taksówkarza z kablami i starterem. Jedziemy. Wiatr, mróz już nie straszne myśle sobie. Docieramy na miejsce, otwieram maskę, podpinamy kable. Zero reakcji. Nic, kluczyk w stacyjce, podpięte kable i brak reakcji, a licznik taksometru bije. Po kilku minutach odpuszczamy. Wracam na lotnisko. 50 dolarów właśnie zniknęło w nieznanej mi czasoprzestrzeni. Postanawiam poczekać do rana. Może któryś z mechaników odpowie na moją wiadomość, którą zostawiłem na grupie POLACY NA ISLANDII. Po chwili oddzywa się Sebastian mieszkający w Keflaviku. Zobaczył moją wiadomość i podjedzie z kablami spróbować raz jeszcze. 5 rano, sobota, szok! Jest, podjeżdża na lotnisko i jedziemy razem do samochodu. Próbujemy raz jeszcze z kablami, tym razem 20 minut ładowania. Nic, znów brak reakcji. Samochód stoi zimny jak stał. Widać, że dzielnie pracuje na swoje imię. W dniu, gdy go kupiłem ochrzciłem go dla żartów imieniem: "Janusz Podróży", widać, że wziął sobie do serca tę nazwę i dumnie się jej trzyma.

Zrezygnowani wracamy na lotnisko. Sebastian deklaruje, że jak coś to po pracy przyjedzie raz jeszcze i weźmie akumulator na prostownik czy jak to się tam zwie, i podładuje go przez kilkanaście godzin i następnego dnia spróbujemy raz jeszcze. Złoty człowiek!

Na lotnisku znów chodzę od punktu do punktu i pytam co by tu zrobić. Odsyłają mnie do mechaników. Powinni już być. Idę. Znów wiatr, mróz i oblodzona ścieżka i zmieniony już nieco slalom samochodów. W wypożyczalni mówią, że nie mogą pomóc. Że kamery, że mają swoją robotę, że jak kable nie pomogły to musi to być coś innego. Wracam zrezygnowany i znów ten wiatr, mróz i oblodzona ścieżka. Aha no i ciemność. Tak, panująca wkoło ciemność, dwie nieprzespane w samolocie noce nie sprzyjają rozwiązywaniu problemów. Do pracy to już na pewno dziś nie dotrę. Za 2 godziny mam być w bazie, a z lotniska są 3 godziny jazdy... Nie takiego powrotu na Islandię się spodziewałem.

Zrezygnowany udaje się do Pauliny, znajomej z Keflaviku. Właśnie wstała i zaprasza na herbatę. Takiej propozycji nie sposób odmówić. Do tego ciepłe bułeczki i chwila, by zapomnieć o akumulatorze, zebrać myśli i nieco odetchnąć. Pomaga. Dzwonię do mechanika. Jest! Nie śpi, to znaczy już nie śpi. Obudziłem go telefonem. Mówi, że może podjechać. Będzie za pół godziny z kablami. Mówi, że musi się udać. Do trzech razy sztuka jak to mawiają. Ruszamy więc do samochodu. Wyjmuje kable, podłącza i jest! Działa. Magia. Znaczy się dla mnie magia, mechanik mówi, że to o jakąś masę chodziło. Przytakuję ze zrozumieniem, choć mechanik i tak wie, że trafił na Januszy. Islandzkich Januszy podróży.



Katar

5 comments
Słońce praży niemiłosiernie. Z wolna wyłania się na horyzoncie. Nisko zawieszone, jeszcze zaspane. Jest dopiero szósta rano, a w powietrzu już wisi suchość piasku pustyni. Wypełnia nozdrza nieprzystosowane do takiej szorstkości. Wzdłuż nabrzeża biegają pojedyncze osoby. Także kobiety. Cudzoziemki o azjatyckich rysach twarzy. Nieliczne Katarki, bo chyba tak się to odmienia, spacerują wolnym krokiem w parach. Jedna zatrzymała się i robi zdjęcia statkom zacumowanym w zatoce. Drewniane kadłuby delikatnie kołyszą się na wietrze, a flagi z czerwonymi zębami na białym tle lekko poruszają się w rytm uderzających o brzeg fal. Para Europejczyków robi sobie zdjęcia. Dziewczyna pozuje z prawą nogą lekko zgiętą w kolanie. Pewnie Rosjanka. Tak, nie pomyliłem się. Słyszę język, choć ten kolani dryg już i tak zdradził pochodzenie.

Ruszam w stronę Souku. To tradycyjny targ arabski. Identyczny niemal na całym Bliskim Wschodzie. Wąskie uliczki, drewniane sklepienie szczelnie zakryte. Schronienie niezbędne przed tnącym jak brzytwa ciało słońcem. Wewnątrz w wąskich uliczkach pochowane, poupychane drobne stragany i sklepiki. Jeszcze pozamykane. Większość. Te otwarte oferują orzechy, pistacje, przyprawy. Zastanawiam się kto o szóstej rano kupuje orzechy?

Zaglądam do środka. Rodzina stoi i rozmawia ze sprzedawcą. Białe dżelabije, białe nakrycia głowy z czarnymi przepaskami bądź czerwonymi arafatkami. Wymiana pozdrowień, serdecznych uścisków. Przechadzam się trochę bez celu. Nie wiem dokąd zmierzam i czego tu szukam. Zaglądam w różne zakamarki, ale wszędzie cisza. Oczami wyobraźni widzę to miejsce wieczorną porą, gdy ciężko jest się tu przecisnąć, gdy tłum napiera ze wszystkich stron, wije się niczym kobra po piaskowych wydmach. Hałas, rozmowy, targowanie się, gestykulacja wzmacniająca poznawcze doznania. Zza rogu dobiegają głosy ptaków. Dziesiątki, jeśli nie setki. Poupychane w klatkach. Na sprzedaż, jako ozdoby domowych zaciszy. Ich zapach gryzie się z szafranem, curry, kurkumą czy świeżą mięta. Nie pasują do siebie, ale tu chyba nikomu to nie przeszkadza. W końcu w uliczce dalej znajdziemy dywany, małe warsztaty, sklepy z koszulami i zabawkami dla dzieci. Kurz wiruje w powietrzu. Zapachy gęstnieją wypełniając me nozdrza. Na rogu dostrzegam małą restaurację. Śniadania od szóstej do jedenastej. Ludzie siedzą w środku, wchodzę zaciekawiony. Zamawiam mutton curry. Za wcześnie. Teraz tylko zestaw 'small meat' z chlebem. Nie daje rady go skończyć. Chleb wielkości wielbłądziego garbu zapycha mi żołądek. Zamawiam herbatę z miętą i postanawiam zaszyć sie tu na dłużej. Restauracja klasyczna, arabska ze stolikami po lewej i dużymi pokojami po prawej stronie. O ile w głównej części możemy usiąść przy stolikach o tyle pokoje wyłożone są dywanami. Boki wyścielają bordowe poduszki ułożone w formie podkowy. Katarczycy rozsiadają się wkoło ściągając sandały przed wejściem na dywan. Gestem przywołują kelnera. Wyczuwam w nim ton wyższości. Może błędnie ale w moim odczuciu bardziej przypomina on rozkaz niż złożenie zamówienia. Słodka miętowa herbata stygnie. Pojawiają się rodziny z dziećmi. Kobiety w czarnych nikabach podążają za mężami prowadząc za rękę gromadkę dzieci. Zazwyczaj trójka lub czwórka, czasem i szóstka się przewinie. Ciemne czarne oczy, ciemna karmelowa karnacja. Starszy Katarczyk otwiera drzwi do osobnego pokoju do którego wpuszcza rodzinę upewniając się wcześniej czy nikogo nie ma w środku. To ważne, bo tylko wtedy może wprowadzić tam swoją żonę. Na otwartej przestrzeni przy stolikach nie mogłaby jeść. Odsłonięcie nikabu i pokazanie twarzy przy obcych mężczyznach jest haram. Na szczęście pokoje wciąż są wolne. Jest wciąż wcześnie jednak wraz z upływem godzin ludzi przybywa. Pojawiają się kolejne rodziny. Osobnych pokoi zaczyna brakować. Zakłopotane stoją w przejściu i czekają mimo, że stoliki wokół mnie są wciąż wolne. Kelner widząc sytuację idzie na zaplecze i po chwili wraca z drewnianym parawanem. Rozstawia go wkoło rodziny. Kryzys zażegnany. Śniadanie można zjeść.

Mijają kolejne godziny. Trzecia filiżanka herbaty wypełnia suchy przełyk. Listek mięty delikatnie łaskocze moje podniebienie. Czas skorzystać z toalety. Nie jesteśmy na lotnisku więc o papierze toaletowym można zapomnieć. Jest plastikowa, elastyczna, biała rurka obok muszli. I mokra podłoga wkoło. Na szczęście na lotnisko niedaleko. Wychodzę na miasto. Raz jeszcze przechadzając się po targowych uliczkach. Sklepy są już pootwierane. Dostrzegam w nich ręcznie robione lampy, biżuterię, mnóstwo sklepów z tkaninami, perfumami, dywanami, kolorowymi pamiątkami. Na małym placu można się schować w jednej z uroczych restauracji. Może następnym razem. Wciąż czuję chleb przyklejony do ścian mego żołądka.

Zapachy przybierają na sile. Oprócz spalin pojawia się nowa woń. Męski pot. To od przechodniów, sprzedawców i tragarzy. Zaglądam do losowych otwartych na oścież drzwi. Wszędzie mężczyźni. W sklepach z biżuterią, z tkaninami, przyprawami, w restauracjach, w warsztatach siedzą i coś tam dłubią, coś zszywają, coś reperują, sprzątają, zamiatają. Już zapomniałem jak bardzo jest to męski świat. Gorący świat pełen mężczyzn o chłodnym spojrzeniu. Brakuje mi tu kobiecych spojrzeń, choćby tych zimnych islandzkich, których niestety i tak przecież jest niewiele.




Małomiasteczkowość

2 comments
Siedząc na rynku w Lesku zaczynam rozumieć Stasiuka i jego teksty. Tak, Stasiuka można zrozumieć, można się nawet nim zachwycać. Potrzeba jednak tu przyjechać, na wschód, do Galicji, do tych małych zapomnianych nieco regionów, miast i miasteczek, kolorowych wsi skąpanych w błękitnie-burzowym bieszczadzkim niebie, gdzie życie trwa i mija swoim własnym austro-węgiersko, polsko-ukraińsko-żydowskim rytmem. O tych miejscach nie można pisać szybko, skrótowo, zwięźle, dynamicznie. Taki opis zgubił by się w zawiłości tych regionów, ich historii, plątaninie dziejów, języków i krajobrazów. On tu najzwyczajniej nie pasuje. 

W Nowym Jorku to i owszem. Tam skrótowość, a raczej intensywność reakcji, zmian, kolorów, budynków i twarzy ma sens i wkomponowana jest w naturalny szkielet metropolitano urbano. Tu. Tu jest po prostu inaczej. Małomiasteczkowo, swojsko, ludzko. Tu, siedząc na ławce usłyszymy codzienne historie, staniemy się nawet ich częścią. 
- Córciu, oddzwonię za chwilę. Rozmawiam teraz z przemiłym Panem. Przyjechał do nas z Islandii! Wyobrażasz sobie. Zadzwonię za chwilkę. 
I znów wracamy do przerwanej opowieści o jej rodzinie, o synu, który żony znaleźć nie może, a przecież taki pracowity i dobrze wychowany. Nie pije, nie pali, ale jakoś mu nie wychodzi. Nie że żadna go nie chce. Tu ich po prostu nie ma. Wyjechały na studia do dużego miasta, szukać życia, miłości. A miłość jest tutaj, tylko kto by chciał taka wiejską miłość. To już sobie sam dopowiadam, czytając o rosnącej dysproporcji płci na prowincji, o feminizacji miast i maskularyzacji (nie wiem czy to dobre słowo) wsi i małych miasteczek. 

Patrzę z balkonu na taksówkarza w srebrnym mercedesie rozmawiającego z lokalnym bieszczadzkim białobrodym powsinogą, ubranym w wielki kapelusz z którego zwisa puszysta lisia kita i nie mogę się nadziwić pięknem tego obrazka. Tej chwili, która trwa i trwa i trwa. I nie ma końca. Ludzie powoli spacerują, zagadują, idą w prawo, a po chwili wracają i tak kilka razy. Nie jest to bezcelowe. To taki ich rytuał, codzienna tradycja. Cudowna powtarzalność nieregularności, bo przecież tu nic nie dzieje się jak w zegarku. Te same schematy ale jednak inne, poplątane, wplecione w charakter miejsca i chwili. W stasiukowy świat, któremu nie mogę się nadziwić. Takie to piękne. 

Herbata stygnie, staje się gorzko-cytrynowa, opisy stają się coraz to bardziej łącznikowe, zagmatwane, pęcznieją jak biało-szare cumulusy na niebie. Powietrze wypełnia zapach borówek z pobliskiego stoiska, czuć już pierogi z sarniną smażone na kuchni, a arterię miasta przecina niekończący się sznur samochodów, któremu towarzyszy rozbity, rozmyty przestrzennie tłum zmierzających dokądś ludzi. Mijają kościół, rynek, zniszczoną synagogę i park zamkowy. Kasztanowce, świerki i drobne krzewy kołyszą się na delikatnym wietrze. Mam wrażenie, że czas się zatrzymał, a jednak patrząc na zegarek gna przed siebie, upływa minuta za minutą, kwadrans za kwadransem. Staje się dwybiegunowy. Lokalny i eksterytorialny. A ja w nim. Lekko zgubiony, umiejscowiony w chwili jakże odmiennej od wielkomiejskiego cyklu dnia, od terminów, deadline'ów, tasków i calli. Pochłonięty bieszczadzkością połonin i galicyjskością tego małego świata dopijam czarną jak węgiel drzewny herbatę i uciekam w świat mediów społecznościowych. Posty w pracy się w końcu same nie napiszą.