Camino - Życie w drodze czyli jak dotrzeć tam gdzie zmierzamy

3 comments
Marzycie o tym by pracować i podróżować jednocześnie? By wiecznie być w drodze? By każdego dnia budzić się z uśmiechem na ustach bo jesteście właśnie tam gdzie chcielibyście być? 

Ten wpis będzie właśnie o tym. Po części. Tej mniejszej części. 



Będzie to wpis o podróżach - zdecydowanie! O życiu w drodze - jak najbardziej! O kształtowaniu tej drogi - o tym przede wszystkim! Nie będzie tu punktów co zrobić by spełnić marzenia. Nie będzie 5 złotych rad na znalezienie szczęścia, ani 10 sposobów na tanie, luksusowe, wygodne podróżowanie albo 6 wskazówek jak godzić pracę z podróżowniem. Będzie to zwykła historia o tym jak dotrzeć tam gdzie zawsze myśleliśmy, że chcemy dotrzeć. Historia o realizacji swoich marzeń i o tym co potem, co gdy uda nam się te marzenia zrealizować. Ale zanim tam dojdziemy, pozwólcie, że opowiem Wam historię z mojego dzieciństwa, którą często przytacza moja mama. 

Podróżujący przedszkolak

Gdy byłem dzieciakiem - miałem może 3-4 lata - mieszkaliśmy z rodzicami w Krakowie w akademiku dawnej Akademii Ekonomicznej w okolicach Alei 29 Listopada. Z samego rana piechotą wyruszaliśmy w stronę najbliższego przystanku autobusowego, skąd następnie już autobusem, po kilkudziesięciu minutach, docieraliśmy do mojego przedszkola. Niewiele pamiętam z tamtego okresu poza tym, że chodząc po betonowych płytach chodnikowych starałem się nie nadeptywać na linie oddzielające płytki od siebie oraz na masę dżdżownic wychodzącą spod płytek w czasie deszczu. Pamiętam też, że na przystanku zawsze była masa ludzi, głównie studentów. 

Pewnego dnia, ludzi chcących wsiąść do autobusu było tak dużo, że ciężko było się dostać do środka. Moja mama postanowiła jednak spróbować i jak tylko weszła do środka, drzwi autobusu zatrzasnęły się, zostawiając mnie samego na przystanku. Autobus ruszył przed siebie, pomimo krzyków mojej mamy dobiegających zza szyby. Po chwili kierowca zatrzymał się jednak, wypuszczając moją zestresowaną i wrzeszczącą w niebogłosy mamę na zewnątrz. Co sił w nogach pobiegła na przystanek, w nadziei, że wciąż tam jestem. Byłem. Stałem przyglądając się dżdżownicom na chodniku, a może młodym studentkom zmierzającym na uczelnie. Z dzisiejszej perspektywy to drugie wydaje się ciekawsze ale wtedy? 

Jakiś czas później, na tym samym przystanku, znów było mrówie ludzi. Moja mama nauczona już doświadczeniem, gdy tylko autobus otworzył drzwi wsadziła mnie tym razem pierwszego do środka. Jak tylko dotknąłem stopami stopni, drzwi starego Ikarusa nagle się zatrzasnęły zostawiając kompletnie zaskoczoną mamę na przystanku. Autobus ruszył przed siebie. Oczywiście mama ruszyła w pościg jednak kierowca autobusu nie zważał na jej wołania. Na szczęście studenci wysadzili mnie na najbliższym przystanku. Opowiadam tę hostorię, bo jeśli podróże to styl bycia – to zacząłem dość wcześnie. 

Sztuka wyboru

Lata mijały. Szkoła, gimnazjum, liceum. Najwyższa pora na kolejną samodzielną podróż - pomyślałem - ale do tego potrzebne są przecież pieniądze. Pojawiła się okazja. Praca w Hiszpanii przy zbiorach owoców, głównie jabłek. Miałem wówczas 19 lat i zbliżały się wakacje, a tu pierwsza w życiu płatna praca i to od razu za granicą. Idealnie można by pomysleć, gdyby nie fakt, że na takich zbiorach pracuje się kilka-kilkanaście godzin dziennie w palącym słońcu wdychając kurz i pestycydy, śpi się na twardych piętrowych łóżkach, wstaje o 6 rano, cały dzień zrywa owoce, nosi kilkudziesięcio kilogramowe kosze oraz co drugi dzień na obiad je się ryż z jabłkami by zaoszczędzić nieco pieniędzy. Wszystkiemu towarzyszy jeden cel. Zarobić nieco pieniędzy i ruszyć w świat. 

Zacząłem od Katalonii i Francji ale to był ten pierwszy ważny krok do dalszych podróży. Później przyszedł Erasmus i podróże po Europie razem z ówczesną dziewczyną. Widywaliśmy się mniej więcej raz na miesiąc w miastach leżących gdzieś pomiędzy Walencją a Krakowem. Dużo kombinowania, dużo oszczędzania, pierwsza przygoda z couchsurfingiem i tanimi liniami lotniczymi ale udało się. Kilkanaście europejskich miast za mniej niż 100EUR (mówię o kosztach przelotów i noclegów). 

Po powrocie do Polski przeprowadziliśmy się do Warszawy. Nowe otoczenie, nowi znajomi, nowe studia, pierwsza stała praca. Jedna w tygodniu, druga weekendami. Nie myślałem wówczas o podróżach ani o byciu w drodze. Niewiele brakowało, a ustatkowałbym się i z całą pewnością nigdy bym nie napisał tego tekstu. Byłbym obecnie zupełnie innym człowiekiem. Czy szczęśliwszym - tego nie wiem ale na pewno byłbym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Jednego jestem pewien, życie to sztuka wyboru i w owym czasie musiałem podjąć pewien wybór. Nie sam. Razem z ówczesną dziewczyną zdecydowaliśmy się na rozstanie po kilku latach bycia razem.

Po rozstaniu nie mogłem się odnaleźć. Nie wiedziałem co z sobą zrobić. Wszystko wkoło przypominało mi o tej drugiej osobie. Postanowiłem uciec. Najdalej jak się da. Na Alaskę. Pojechać i zapomnieć. Skupić się na ciężkiej pracy. Odpocząć od tego warszawskiego świata, tych codziennych wyimaginowanych problemów. Chciałem coś zmienić bo nie radziłem sobie. Pomyślałem, że podróż może być rozwiązaniem. Przecież wciąż, niemal na każdym kroku słyszymy: "Podróże kształcą", "Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę", "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj", "Podróżować to żyć" - a ja właśnie chciałem żyć. Chciałem nowego życia, przemiany. Potrzebowałem uwolnić się od przeszłości i zacząć żyć teraźniejszością. Pójść do przodu. Rzuciłem więc obie prace w Warszawie, zawiesiłem studia i właściwie z dnia na dzień poleciałem tam - hen daleko - do krainy łososi i niedźwiedzi. To była bardzo trudna decyzja ale musiałem wreszcie wykonać jakiś krok by coś zmienić. Dokonałem wyboru. Podjąłem decyzję, która zmieniła wszystko w moim życiu.

Work and Travel

Ponad trzy miesiące ciężkiej fizycznej pracy sprawiły, że zacząłem myśleć innymi kategoriami. Postawiłem sobie cel. Zarobić dostatecznie dużo pieniędzy by ruszyć w podróż i dotrzeć w miejsca o których słyszałem jedynie w audycjach radiowych, czytałem w National Geographic czy też widziałem w rozmaitych programach telewizyjnych. Chciałem przeżyć przygodę, dać się porwać drodze, stać się jej częścią. Po prostu ruszyć, a reszta sama jakoś się ułoży i ku mojemu zaskoczeniu tak właśnie się stało. Rozsypane puzzle zaczęły układać się w niesamowite, cudowne, nieprawdopodobne obrazy, a przed moimi oczami pojawiły się miejsca z moich snów. Tym razem jednak rzeczywiste, prawdziwe, namacalne. Będące tu i teraz. Mogłem stanąć obok majestatycznej Sekwoi i poczuć jej zapach. Wiecie jak cudownie piękny, czysty ma zapach? Ja wiem. Wiem też jak wygląda Wielki Kanion o poranku, czy też blask księżyca w tafli oceanu na Hawajach, wiem jak smakuje Kava na Fidżi, czy tortille w Meksyku, wiem co to znaczy się bać gdy nurkuje się w jaskiniach a nie umie się pływać, wiem co to znaczy pokonywać swój strach gdy wybieracie się w góry bądź próbujecie lotu między koronami drzew, wiem jak to jest spać samotnie w gwatemalskiej dżungli i budzić się na szczycie piramidy Majów w Tikal, wiem jak wygląda przepych Los Angeles i Nowego Jorku oraz slumsy Port-au-Prince po trzęsieniu ziemi. Wiem dużo ale wciąż się uczę. Uczę się przede wszystkim szacunku do otaczającego mnie świata, do napotkanych ludzi, do nieznanych mi kultur i obyczajów, poznaję nowe języki, nowe smaki, zapachy, nowe zjawiska i zwyczaje. Próbuję, odkrywam, doświadczam i staram się zrozumieć to co widzę. Pracuję nad sobą wewnętrznie i odkrywam swoje wnętrze przed drugim człowiekiem. Chcę poznać tą drugą, nieznaną mi jeszcze przed chwilą osobę, jej życie, jej historię, wysłuchać jej problemów i pomóc jeśli tylko jestem w stanie. Jestem w drodze, a droga całkowicie mnie pochłania. Przemierzam tysiące kilometrów ale postanawiam wrócić do domu na święta. Pożegnać się z ukochanym dziadkiem, na którego pogrzebie nie mogłem być. Tak, wybory na takiej drodze nie są łatwe. Wiecznie samemu, z dala od znajomych, przyjaciół, rodziny, ważnych momentów ale weszliśmy na tę drogę i ciężko z niej już zrezygnować. Ta droga uzależnia. Tak jak pisał Kapuściński: "Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.". Pojawia się więc pytanie jak żyć z tym uzależnieniem, z ta chorobą. Jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości po powrocie?



Receptą jest...

No właśnie. Co zrobić gdy wrócimy do domu, wypakujemy plecak, przegramy zdjęcia i filmy, spojrzymy raz jeszcze na notatki? I co teraz? Jaki wykonać kolejny krok. W głowie tysiące pomysłów albo całkowity ich brak. Trzeba od czegoś zacząć.


Wróciłem na studia do Warszawy. Napisałem pracę magisterską o negatywnych skutkach pomocy humanitarnej i rozwojowej. Uwzględniłem w niej m.in. obserwacje z mojej podróży, w tym sytuację na Haiti po trzęsieniu ziemi. Pomyślałem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zatrudnić się w jakiejś organizacji pomocowej i coś zmienić. Nie udało się. Nigdzie nie przyjęli mojej aplikacji. Zweryfikowałem więc swoje plany. Potrzebowałem pieniędzy. Zatrudniłem się w KPMG ale po miesiącu zrezygnowałem. Krawat, biała koszula, te wszystkie zasady i reguły, absurdy i przepisy, które sprawiały, że każdy dzień pracy wydawał się całkowicie bezsensowny. Dostałem kontrakt w Coca-Coli ale było jeszcze gorzej. Tabelki, liczby, przelewy, rozmowy z kontrahentami, faktury i świadomość, że pracuję dla jednej z największych firm na świecie i że moja praca nie ma najmniejszego sensu. Absolutnie nic nie wnosi ani do mojego życia ani do tego świata. 

Przeniosłem się do Niemiec do IBMu. Kolejne korpo można by powiedzieć. Ku mojemu zaskoczeniu było jednak inaczej. Międzynarodowe środowisko, praca kilkadziesiąt kilometrów na południe od Stuttgartu, wkoło zieleń, cisza, spokój. Codziennie do pracy jeździłem na rowerze, a w samej pracy zajmowałem się wysyłaniem zdolnych niemieckich studentów na zagraniczne praktyki zawodowe. Przynajmniej pomogę innym osobom podróżować - pomyślałem i tak też właśnie robiłem. Tajwan, Indie, Chiny, Kostaryka, USA, Argentyna. Tyle niezwykłych miejsc.

DreamYear

Powoli sześciomiesięczny staż w IBMie dobiegał końca, a w mojej głowie znów pojawiały się pytania: Co dalej? Wracać do Polski? Zostać w Niemczech? A może jeszcze coś innego? Znów zapragnąłem spróbować swoich sił w organizacjach pomocowych, humanitarnych itp. Wpisałem więc w wyszukiwarce słowo „Aid” i wyskoczyła niezwykła oferta pracy dla firmy AidCom zatytułowana DreamYear. Praca polegała na monitorowaniu mediów i komunikatów prasowych z całego świata i wyłapywaniu tych informacji, które są kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa turystów. Strajki, powodzie, trzęsienia ziemi, fale tsunami, zamachy, wojny itp. 

Po znalezieniu odpowiedniego "newsa" w przeciągu 5 minut analizowałem dany tekst, po czym przygotowywałem jego streszczenie a następnie tak przeedytowaną wiadomość wysyłałem smsem do turystów znajdujących się w miejscu potencjalnego zagrożenia ostrzegając o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Miałem więc poczucie, że pomagam innym i że moja praca ma sens. Co więcej, w ramach kontraktu mieszkałem na czterech różnych kontynentach m.in. w Malezji, Etiopii, Meksyku czy Norwegii, miałem dwa miesiące płatnego urlopu, pensję w wysokości 1000 EUR oraz zapewnione zakwaterowanie i przeloty między poszczególnymi lokalizacjami. Brzmi jak praca marzenie? I taką właśnie była! Pewnie dalej siedziałbym gdzieś w malezyjskim wieżowcu i wysyłał smsy, gdyby nie fakt, że firma... zbankrutowała. Okazuje się, że taki model biznesowy nie do końca się sprawdził ale co moje to moje. To właśnie dzięki tzw. DreamYear mogłem zwiedzić 26 państw w ciągu jednego roku. 26 państw na 26 urodziny. 

Dziś się śmieję, że to ja chciałem pomagać ludziom, a tu niespodziewanie los pomógł mi. Postanowiłem więc wykorzystać tę sytuację i nie zmarnować ani jednego dnia. W przeciągu roku trwania tego programu, przez pięć, może osiem dni siedziałem w mieszkaniu bezczynnie i nie robiłem nic. Każdy inny dzień poświęciłem albo pracy albo podróżom. Drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć - pomyślałem. 

Co więcej nie chciałem by były to zwyczajne podróże. Nie chciałem jedynie odhaczyć kolejnych punktów na mapie. Wpadłem więc na niecodzienny pomysł. Wyruszę w świat z zielonym jabłkiem i nakręcę z tej wyprawy krótki film. 



Dlaczego zielone jabłko? Sam nie wiem. Może to ta pierwsza praca w Hiszpanii? Może dlatego, że jest smaczne? A może ze względu na pewną scenę z Into the Wild? No właśnie... Ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Wiem jednak, że pomysł na podróż z jabłkiem okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki niemu zupełnie inaczej przeżywałem swoją drogę. Zamiast myśleć o tłumach turystów, o zabytkach, upływającym czasie, o pracy itp. w mojej głowie pojawiała się zupełnie inne myśli: Jak nakręcić to ujęcie? Skąd ja tu wezmę zielone jabłko? Czy będzie dobre światło? Czy mi nikt nie zakosi kamery i statywu? I wiele wiele innych absurdalnych myśli i pytań. Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że te podróże nabrały dla mnie nowego sensu, stały się źródełem do zabawy, pobudzały moją kreatywność i sprawiały mi niesamowitą radość. 

Na kręceniu poszczególnych scen spędzałem niejednokrotnie kilka godzin. Wyobraźcie sobie, że dla jednej sceny na Machu Picchu, przez kilka dni taszczyłem ze sobą jabłka, statyw i inkaskie poncho. Dodatkowych kilka kilogramów na plecach podczas wyczerpującego trekkingu w górach tylko po to, by nakręcić pięciosekundową scenę z jabłkiem. Ale tak właśnie miało być. Taki sobie scenariusz wymyśliłem i za wszelką cenę chciałem go zrealizować. Nakręcenie tego trzyminutowego filmiku kosztowało mnie naprawdę mnóstwo czasu i pracy ale opłaciło się. Firma co prawda zbankrutowała ale tych wszystkich przygód i doświadczeń nikt mi już nie odbierze. No i co ważne, powstał całkiem fajny filmik, który jak się później okazało, dał mi nową pracę. 



Podróż do źródeł rzeki której nie ma

Po przygodzie z AidComem, długo poszukiwałem odpowiedniego zajęcia, które sprawi, że będę mógł pracować i podróżować jednocześnie. W międzyczasie zapisałem się na studia doktoranckie ale dość szybko zorientowałem się, że jest to strata czasu. Nic nie wnosiły nowego, a życie znów przelatywało mi przez palce. Ruszyłem więc w "Podróż do źródeł rzeki której nie ma". Zaryzykowałem, ruszyłem w drogę i dzięki pomocy życzliwych ludzi w tym zupełnie nieznajomych, którzy postanowili wesprzeć mój projekt na polakpotrafi.pl udało mi się zrealizować mój projekt, moje marzenie. Jeszcze raz wielkie dzięki za wsparcie! Bez Was by się to nie udało.




Przemierzyłem kilkanaście tysięcy kilometrów azjatyckich bezdroży po czym znów wróciłem do Warszawy i niemal od razu znalazłem pracę. Tym razem w wyszukiwarce lotów jako Video Marketing Manager. To właśnie dzięki temu małemu zielonemu jabłku. Kto by pomyslał? 

Teraz pracuję w tej samej wyszukiwarce ale jako Social Media Manager, Community Manager czy też koleś od facebooka - jak tam kto woli. Wydawać by się mogło: praca idealna. Tworzę posty, zdjęcia i materiały o podróżach. Wysyłam ludzi za granicę, sam też podróżuję. Rok przepracowany, a w duszy znów odzywa się wewnętrzy głosy mówiący: czas wyruszyć, znów znaleźć się w drodze, kontynuować ścieżkę na którą rzucił mnie los. Ale jak to zrobić?

Digital Nomad, czyli kto?

W zeszłym tygodniu dostałem wiadomość: Zgadzamy się, możesz pracować zdalnie! Wyobrażacie sobie? Bo ja chyba wciąż nie. Mogę spakować się i ruszyć niemal w każde miejsce globu, wszędzie tam gdzie dociera internet i kontynuować swoją drogę. Podróż zwaną życiem a może życie zwane podróżą. W piątek ruszam do Berlina, tydzień później do Chorwacji, a stamtąd do Rosji. Właśnie zaczynam kolejny DreamYear, z małym wyjątkiem. Tym razem to ja decyduję o tym gdzie i kiedy przebywam i jak wyglądać będzie moja droga, a ta ma wiele do zaoferowania. Trzeba mieć tylko oczy i uszy szeroko otwarte. Trzeba umieć patrzeć, obserwować, słuchać, a nie tylko słyszeć, interesować się, zadawać pytania i poszukiwać swojej własnej ścieżki. Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Myślę, że podróże pozwalają nam przede wszystkim spojrzeć w głąb samego siebie, zrozumieć swoje pragnienia i wejść na właściwą ścieżkę. Czasem dopiero po latach potrafimy dostrzec dokąd ona nas prowadzi.

Zdecydowałem się na napisanie tego wielgaśnie długiego wpisu będącego w sumie moim podróżniczym życiorysem (Nie wiem, czy w ogóle ktoś dotarł aż tutaj z czytaniem?! Jeśli tak to wielkie dzięki.), po to by pokazać, że naprawdę jeśli do czegoś dążymy to prędzej czy później udaje nam się to zrealizować. Nie jest to proste. Co więcej, wiąże się z licznymi upadkami, ciągłymi wyrzeczeniami i nieustannymi poszukiwaniami ale warto słuchać tego co podpowiada nam wewnętrzny głos. Tym razem wzywa mnie on na nową drogę, nowe camino. Camino de Santiago.

3 comments :

  1. Inspirujacy artykul, nie wyobrazam sobie jak ktos kto zaczal go czytac, mialby nie dotrwac do konca :)
    Jestem wdzieczna i trzymam za Ciebie kciuki!
    Pozdrawiam,
    Ewelina

    ReplyDelete
  2. Najlepszy artykul jaki czytalam od dluzszego czasu, nie wyobrazam sobie jak ktos kto na niego trafil, mialby nie dotrwac do konca ;)
    Trzymam kciuki i czekam na kolejne.
    Pozdrawiam,
    Ewelina

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jejku jakie miłe słowa :) Wielkie dzięki!

      Delete