Małomiasteczkowość

Leave a Comment
Siedząc na rynku w Lesku zaczynam rozumieć Stasiuka i jego teksty. Tak, Stasiuka można zrozumieć, można się nawet nim zachwycać. Potrzeba jednak tu przyjechać, na wschód, do Galicji, do tych małych zapomnianych nieco regionów, miast i miasteczek, kolorowych wsi skąpanych w błękitnie-burzowym bieszczadzkim niebie, gdzie życie trwa i mija swoim własnym austro-węgiersko, polsko-ukraińsko-żydowskim rytmem. O tych miejscach nie można pisać szybko, skrótowo, zwięźle, dynamicznie. Taki opis zgubił by się w zawiłości tych regionów, ich historii, plątaninie dziejów, języków i krajobrazów. On tu najzwyczajniej nie pasuje. 

W Nowym Jorku to i owszem. Tam skrótowość, a raczej intensywność reakcji, zmian, kolorów, budynków i twarzy ma sens i wkomponowana jest w naturalny szkielet metropolitano urbano. Tu. Tu jest po prostu inaczej. Małomiasteczkowo, swojsko, ludzko. Tu, siedząc na ławce usłyszymy codzienne historie, staniemy się nawet ich częścią. 
- Córciu, oddzwonię za chwilę. Rozmawiam teraz z przemiłym Panem. Przyjechał do nas z Islandii! Wyobrażasz sobie. Zadzwonię za chwilkę. 
I znów wracamy do przerwanej opowieści o jej rodzinie, o synu, który żony znaleźć nie może, a przecież taki pracowity i dobrze wychowany. Nie pije, nie pali, ale jakoś mu nie wychodzi. Nie że żadna go nie chce. Tu ich po prostu nie ma. Wyjechały na studia do dużego miasta, szukać życia, miłości. A miłość jest tutaj, tylko kto by chciał taka wiejską miłość. To już sobie sam dopowiadam, czytając o rosnącej dysproporcji płci na prowincji, o feminizacji miast i maskularyzacji (nie wiem czy to dobre słowo) wsi i małych miasteczek. 

Patrzę z balkonu na taksówkarza w srebrnym mercedesie rozmawiającego z lokalnym bieszczadzkim białobrodym powsinogą, ubranym w wielki kapelusz z którego zwisa puszysta lisia kita i nie mogę się nadziwić pięknem tego obrazka. Tej chwili, która trwa i trwa i trwa. I nie ma końca. Ludzie powoli spacerują, zagadują, idą w prawo, a po chwili wracają i tak kilka razy. Nie jest to bezcelowe. To taki ich rytuał, codzienna tradycja. Cudowna powtarzalność nieregularności, bo przecież tu nic nie dzieje się jak w zegarku. Te same schematy ale jednak inne, poplątane, wplecione w charakter miejsca i chwili. W stasiukowy świat, któremu nie mogę się nadziwić. Takie to piękne. 

Herbata stygnie, staje się gorzko-cytrynowa, opisy stają się coraz to bardziej łącznikowe, zagmatwane, pęcznieją jak biało-szare cumulusy na niebie. Powietrze wypełnia zapach borówek z pobliskiego stoiska, czuć już pierogi z sarniną smażone na kuchni, a arterię miasta przecina niekończący się sznur samochodów, któremu towarzyszy rozbity, rozmyty przestrzennie tłum zmierzających dokądś ludzi. Mijają kościół, rynek, zniszczoną synagogę i park zamkowy. Kasztanowce, świerki i drobne krzewy kołyszą się na delikatnym wietrze. Mam wrażenie, że czas się zatrzymał, a jednak patrząc na zegarek gna przed siebie, upływa minuta za minutą, kwadrans za kwadransem. Staje się dwybiegunowy. Lokalny i eksterytorialny. A ja w nim. Lekko zgubiony, umiejscowiony w chwili jakże odmiennej od wielkomiejskiego cyklu dnia, od terminów, deadline'ów, tasków i calli. Pochłonięty bieszczadzkością połonin i galicyjskością tego małego świata dopijam czarną jak węgiel drzewny herbatę i uciekam w świat mediów społecznościowych. Posty w pracy się w końcu same nie napiszą.

0 comments :

Post a Comment