Katar

Leave a Comment
Słońce praży niemiłosiernie. Z wolna wyłania się na horyzoncie. Nisko zawieszone, jeszcze zaspane. Jest dopiero szósta rano, a w powietrzu już wisi suchość piasku pustyni. Wypełnia nozdrza nieprzystosowane do takiej szorstkości. Wzdłuż nabrzeża biegają pojedyncze osoby. Także kobiety. Cudzoziemki o azjatyckich rysach twarzy. Nieliczne Katarki, bo chyba tak się to odmienia, spacerują wolnym krokiem w parach. Jedna zatrzymała się i robi zdjęcia statkom zacumowanym w zatoce. Drewniane kadłuby delikatnie kołyszą się na wietrze, a flagi z czerwonymi zębami na białym tle lekko poruszają się w rytm uderzających o brzeg fal. Para Europejczyków robi sobie zdjęcia. Dziewczyna pozuje z prawą nogą lekko zgiętą w kolanie. Pewnie Rosjanka. Tak, nie pomyliłem się. Słyszę język, choć ten kolani dryg już i tak zdradził pochodzenie.

Ruszam w stronę Souku. To tradycyjny targ arabski. Identyczny niemal na całym Bliskim Wschodzie. Wąskie uliczki, drewniane sklepienie szczelnie zakryte. Schronienie niezbędne przed tnącym jak brzytwa ciało słońcem. Wewnątrz w wąskich uliczkach pochowane, poupychane drobne stragany i sklepiki. Jeszcze pozamykane. Większość. Te otwarte oferują orzechy, pistacje, przyprawy. Zastanawiam się kto o szóstej rano kupuje orzechy?

Zaglądam do środka. Rodzina stoi i rozmawia ze sprzedawcą. Białe dżelabije, białe nakrycia głowy z czarnymi przepaskami bądź czerwonymi arafatkami. Wymiana pozdrowień, serdecznych uścisków. Przechadzam się trochę bez celu. Nie wiem dokąd zmierzam i czego tu szukam. Zaglądam w różne zakamarki, ale wszędzie cisza. Oczami wyobraźni widzę to miejsce wieczorną porą, gdy ciężko jest się tu przecisnąć, gdy tłum napiera ze wszystkich stron, wije się niczym kobra po piaskowych wydmach. Hałas, rozmowy, targowanie się, gestykulacja wzmacniająca poznawcze doznania. Zza rogu dobiegają głosy ptaków. Dziesiątki, jeśli nie setki. Poupychane w klatkach. Na sprzedaż, jako ozdoby domowych zaciszy. Ich zapach gryzie się z szafranem, curry, kurkumą czy świeżą mięta. Nie pasują do siebie, ale tu chyba nikomu to nie przeszkadza. W końcu w uliczce dalej znajdziemy dywany, małe warsztaty, sklepy z koszulami i zabawkami dla dzieci. Kurz wiruje w powietrzu. Zapachy gęstnieją wypełniając me nozdrza. Na rogu dostrzegam małą restaurację. Śniadania od szóstej do jedenastej. Ludzie siedzą w środku, wchodzę zaciekawiony. Zamawiam mutton curry. Za wcześnie. Teraz tylko zestaw 'small meat' z chlebem. Nie daje rady go skończyć. Chleb wielkości wielbłądziego garbu zapycha mi żołądek. Zamawiam herbatę z miętą i postanawiam zaszyć sie tu na dłużej. Restauracja klasyczna, arabska ze stolikami po lewej i dużymi pokojami po prawej stronie. O ile w głównej części możemy usiąść przy stolikach o tyle pokoje wyłożone są dywanami. Boki wyścielają bordowe poduszki ułożone w formie podkowy. Katarczycy rozsiadają się wkoło ściągając sandały przed wejściem na dywan. Gestem przywołują kelnera. Wyczuwam w nim ton wyższości. Może błędnie ale w moim odczuciu bardziej przypomina on rozkaz niż złożenie zamówienia. Słodka miętowa herbata stygnie. Pojawiają się rodziny z dziećmi. Kobiety w czarnych nikabach podążają za mężami prowadząc za rękę gromadkę dzieci. Zazwyczaj trójka lub czwórka, czasem i szóstka się przewinie. Ciemne czarne oczy, ciemna karmelowa karnacja. Starszy Katarczyk otwiera drzwi do osobnego pokoju do którego wpuszcza rodzinę upewniając się wcześniej czy nikogo nie ma w środku. To ważne, bo tylko wtedy może wprowadzić tam swoją żonę. Na otwartej przestrzeni przy stolikach nie mogłaby jeść. Odsłonięcie nikabu i pokazanie twarzy przy obcych mężczyznach jest haram. Na szczęście pokoje wciąż są wolne. Jest wciąż wcześnie jednak wraz z upływem godzin ludzi przybywa. Pojawiają się kolejne rodziny. Osobnych pokoi zaczyna brakować. Zakłopotane stoją w przejściu i czekają mimo, że stoliki wokół mnie są wciąż wolne. Kelner widząc sytuację idzie na zaplecze i po chwili wraca z drewnianym parawanem. Rozstawia go wkoło rodziny. Kryzys zażegnany. Śniadanie można zjeść.

Mijają kolejne godziny. Trzecia filiżanka herbaty wypełnia suchy przełyk. Listek mięty delikatnie łaskocze moje podniebienie. Czas skorzystać z toalety. Nie jesteśmy na lotnisku więc o papierze toaletowym można zapomnieć. Jest plastikowa, elastyczna, biała rurka obok muszli. I mokra podłoga wkoło. Na szczęście na lotnisko niedaleko. Wychodzę na miasto. Raz jeszcze przechadzając się po targowych uliczkach. Sklepy są już pootwierane. Dostrzegam w nich ręcznie robione lampy, biżuterię, mnóstwo sklepów z tkaninami, perfumami, dywanami, kolorowymi pamiątkami. Na małym placu można się schować w jednej z uroczych restauracji. Może następnym razem. Wciąż czuję chleb przyklejony do ścian mego żołądka.

Zapachy przybierają na sile. Oprócz spalin pojawia się nowa woń. Męski pot. To od przechodniów, sprzedawców i tragarzy. Zaglądam do losowych otwartych na oścież drzwi. Wszędzie mężczyźni. W sklepach z biżuterią, z tkaninami, przyprawami, w restauracjach, w warsztatach siedzą i coś tam dłubią, coś zszywają, coś reperują, sprzątają, zamiatają. Już zapomniałem jak bardzo jest to męski świat. Gorący świat pełen mężczyzn o chłodnym spojrzeniu. Brakuje mi tu kobiecych spojrzeń, choćby tych zimnych islandzkich, których niestety i tak przecież jest niewiele.




0 comments :

Post a Comment