• Pepe 1
  • Pepe 2
  • Pepe 4
  • Pepe 5

Katar

Leave a Comment
Słońce praży niemiłosiernie. Z wolna wyłania się na horyzoncie. Nisko zawieszone, jeszcze zaspane. Jest dopiero szósta rano, a w powietrzu już wisi suchość piasku pustyni. Wypełnia nozdrza nieprzystosowane do takiej szorstkości. Wzdłuż nabrzeża biegają pojedyncze osoby. Także kobiety. Cudzoziemki o azjatyckich rysach twarzy. Nieliczne Katarki, bo chyba tak się to odmienia, spacerują wolnym krokiem w parach. Jedna zatrzymała się i robi zdjęcia statkom zacumowanym w zatoce. Drewniane kadłuby delikatnie kołyszą się na wietrze, a flagi z czerwonymi zębami na białym tle lekko poruszają się w rytm uderzających o brzeg fal. Para Europejczyków robi sobie zdjęcia. Dziewczyna pozuje z prawą nogą lekko zgiętą w kolanie. Pewnie Rosjanka. Tak, nie pomyliłem się. Słyszę język, choć ten kolani dryg już i tak zdradził pochodzenie.

Ruszam w stronę Souku. To tradycyjny targ arabski. Identyczny niemal na całym Bliskim Wschodzie. Wąskie uliczki, drewniane sklepienie szczelnie zakryte. Schronienie niezbędne przed tnącym jak brzytwa ciało słońcem. Wewnątrz w wąskich uliczkach pochowane, poupychane drobne stragany i sklepiki. Jeszcze pozamykane. Większość. Te otwarte oferują orzechy, pistacje, przyprawy. Zastanawiam się kto o szóstej rano kupuje orzechy?

Zaglądam do środka. Rodzina stoi i rozmawia ze sprzedawcą. Białe dżelabije, białe nakrycia głowy z czarnymi przepaskami bądź czerwonymi arafatkami. Wymiana pozdrowień, serdecznych uścisków. Przechadzam się trochę bez celu. Nie wiem dokąd zmierzam i czego tu szukam. Zaglądam w różne zakamarki, ale wszędzie cisza. Oczami wyobraźni widzę to miejsce wieczorną porą, gdy ciężko jest się tu przecisnąć, gdy tłum napiera ze wszystkich stron, wije się niczym kobra po piaskowych wydmach. Hałas, rozmowy, targowanie się, gestykulacja wzmacniająca poznawcze doznania. Zza rogu dobiegają głosy ptaków. Dziesiątki, jeśli nie setki. Poupychane w klatkach. Na sprzedaż, jako ozdoby domowych zaciszy. Ich zapach gryzie się z szafranem, curry, kurkumą czy świeżą mięta. Nie pasują do siebie, ale tu chyba nikomu to nie przeszkadza. W końcu w uliczce dalej znajdziemy dywany, małe warsztaty, sklepy z koszulami i zabawkami dla dzieci. Kurz wiruje w powietrzu. Zapachy gęstnieją wypełniając me nozdrza. Na rogu dostrzegam małą restaurację. Śniadania od szóstej do jedenastej. Ludzie siedzą w środku, wchodzę zaciekawiony. Zamawiam mutton curry. Za wcześnie. Teraz tylko zestaw 'small meat' z chlebem. Nie daje rady go skończyć. Chleb wielkości wielbłądziego garbu zapycha mi żołądek. Zamawiam herbatę z miętą i postanawiam zaszyć sie tu na dłużej. Restauracja klasyczna, arabska ze stolikami po lewej i dużymi pokojami po prawej stronie. O ile w głównej części możemy usiąść przy stolikach o tyle pokoje wyłożone są dywanami. Boki wyścielają bordowe poduszki ułożone w formie podkowy. Katarczycy rozsiadają się wkoło ściągając sandały przed wejściem na dywan. Gestem przywołują kelnera. Wyczuwam w nim ton wyższości. Może błędnie ale w moim odczuciu bardziej przypomina on rozkaz niż złożenie zamówienia. Słodka miętowa herbata stygnie. Pojawiają się rodziny z dziećmi. Kobiety w czarnych nikabach podążają za mężami prowadząc za rękę gromadkę dzieci. Zazwyczaj trójka lub czwórka, czasem i szóstka się przewinie. Ciemne czarne oczy, ciemna karmelowa karnacja. Starszy Katarczyk otwiera drzwi do osobnego pokoju do którego wpuszcza rodzinę upewniając się wcześniej czy nikogo nie ma w środku. To ważne, bo tylko wtedy może wprowadzić tam swoją żonę. Na otwartej przestrzeni przy stolikach nie mogłaby jeść. Odsłonięcie nikabu i pokazanie twarzy przy obcych mężczyznach jest haram. Na szczęście pokoje wciąż są wolne. Jest wciąż wcześnie jednak wraz z upływem godzin ludzi przybywa. Pojawiają się kolejne rodziny. Osobnych pokoi zaczyna brakować. Zakłopotane stoją w przejściu i czekają mimo, że stoliki wokół mnie są wciąż wolne. Kelner widząc sytuację idzie na zaplecze i po chwili wraca z drewnianym parawanem. Rozstawia go wkoło rodziny. Kryzys zażegnany. Śniadanie można zjeść.

Mijają kolejne godziny. Trzecia filiżanka herbaty wypełnia suchy przełyk. Listek mięty delikatnie łaskocze moje podniebienie. Czas skorzystać z toalety. Nie jesteśmy na lotnisku więc o papierze toaletowym można zapomnieć. Jest plastikowa, elastyczna, biała rurka obok muszli. I mokra podłoga wkoło. Na szczęście na lotnisko niedaleko. Wychodzę na miasto. Raz jeszcze przechadzając się po targowych uliczkach. Sklepy są już pootwierane. Dostrzegam w nich ręcznie robione lampy, biżuterię, mnóstwo sklepów z tkaninami, perfumami, dywanami, kolorowymi pamiątkami. Na małym placu można się schować w jednej z uroczych restauracji. Może następnym razem. Wciąż czuję chleb przyklejony do ścian mego żołądka.

Zapachy przybierają na sile. Oprócz spalin pojawia się nowa woń. Męski pot. To od przechodniów, sprzedawców i tragarzy. Zaglądam do losowych otwartych na oścież drzwi. Wszędzie mężczyźni. W sklepach z biżuterią, z tkaninami, przyprawami, w restauracjach, w warsztatach siedzą i coś tam dłubią, coś zszywają, coś reperują, sprzątają, zamiatają. Już zapomniałem jak bardzo jest to męski świat. Gorący świat pełen mężczyzn o chłodnym spojrzeniu. Brakuje mi tu kobiecych spojrzeń, choćby tych zimnych islandzkich, których niestety i tak przecież jest niewiele.




Małomiasteczkowość

2 comments
Siedząc na rynku w Lesku zaczynam rozumieć Stasiuka i jego teksty. Tak, Stasiuka można zrozumieć, można się nawet nim zachwycać. Potrzeba jednak tu przyjechać, na wschód, do Galicji, do tych małych zapomnianych nieco regionów, miast i miasteczek, kolorowych wsi skąpanych w błękitnie-burzowym bieszczadzkim niebie, gdzie życie trwa i mija swoim własnym austro-węgiersko, polsko-ukraińsko-żydowskim rytmem. O tych miejscach nie można pisać szybko, skrótowo, zwięźle, dynamicznie. Taki opis zgubił by się w zawiłości tych regionów, ich historii, plątaninie dziejów, języków i krajobrazów. On tu najzwyczajniej nie pasuje. 

W Nowym Jorku to i owszem. Tam skrótowość, a raczej intensywność reakcji, zmian, kolorów, budynków i twarzy ma sens i wkomponowana jest w naturalny szkielet metropolitano urbano. Tu. Tu jest po prostu inaczej. Małomiasteczkowo, swojsko, ludzko. Tu, siedząc na ławce usłyszymy codzienne historie, staniemy się nawet ich częścią. 
- Córciu, oddzwonię za chwilę. Rozmawiam teraz z przemiłym Panem. Przyjechał do nas z Islandii! Wyobrażasz sobie. Zadzwonię za chwilkę. 
I znów wracamy do przerwanej opowieści o jej rodzinie, o synu, który żony znaleźć nie może, a przecież taki pracowity i dobrze wychowany. Nie pije, nie pali, ale jakoś mu nie wychodzi. Nie że żadna go nie chce. Tu ich po prostu nie ma. Wyjechały na studia do dużego miasta, szukać życia, miłości. A miłość jest tutaj, tylko kto by chciał taka wiejską miłość. To już sobie sam dopowiadam, czytając o rosnącej dysproporcji płci na prowincji, o feminizacji miast i maskularyzacji (nie wiem czy to dobre słowo) wsi i małych miasteczek. 

Patrzę z balkonu na taksówkarza w srebrnym mercedesie rozmawiającego z lokalnym bieszczadzkim białobrodym powsinogą, ubranym w wielki kapelusz z którego zwisa puszysta lisia kita i nie mogę się nadziwić pięknem tego obrazka. Tej chwili, która trwa i trwa i trwa. I nie ma końca. Ludzie powoli spacerują, zagadują, idą w prawo, a po chwili wracają i tak kilka razy. Nie jest to bezcelowe. To taki ich rytuał, codzienna tradycja. Cudowna powtarzalność nieregularności, bo przecież tu nic nie dzieje się jak w zegarku. Te same schematy ale jednak inne, poplątane, wplecione w charakter miejsca i chwili. W stasiukowy świat, któremu nie mogę się nadziwić. Takie to piękne. 

Herbata stygnie, staje się gorzko-cytrynowa, opisy stają się coraz to bardziej łącznikowe, zagmatwane, pęcznieją jak biało-szare cumulusy na niebie. Powietrze wypełnia zapach borówek z pobliskiego stoiska, czuć już pierogi z sarniną smażone na kuchni, a arterię miasta przecina niekończący się sznur samochodów, któremu towarzyszy rozbity, rozmyty przestrzennie tłum zmierzających dokądś ludzi. Mijają kościół, rynek, zniszczoną synagogę i park zamkowy. Kasztanowce, świerki i drobne krzewy kołyszą się na delikatnym wietrze. Mam wrażenie, że czas się zatrzymał, a jednak patrząc na zegarek gna przed siebie, upływa minuta za minutą, kwadrans za kwadransem. Staje się dwybiegunowy. Lokalny i eksterytorialny. A ja w nim. Lekko zgubiony, umiejscowiony w chwili jakże odmiennej od wielkomiejskiego cyklu dnia, od terminów, deadline'ów, tasków i calli. Pochłonięty bieszczadzkością połonin i galicyjskością tego małego świata dopijam czarną jak węgiel drzewny herbatę i uciekam w świat mediów społecznościowych. Posty w pracy się w końcu same nie napiszą.

Camino - Ostatnia droga

1 comment
W roku 1987, Iosif Brodski otrzymał literacką nagrodę Nobla, Marlee Matlin Oskara za rolę w Dzieciach gorszego boga, na świecie urodził się 5 miliardowy człowiek, a w północnej Hiszpanii niemal 3000 osób przemierzyło szlak św. Jakuba czyli tzw. Camino de Santiago.

Mineło 30 lat. Iosif Brodski nie żyje już od kilkunastu lat, o Marlee Matlin niemal już nikt nie pamięta, na świecie żyje ponad 7 miliardów ludzi, a na Camino wedle rozmaitych prognoz pojawi się rekordowa liczba pielgrzymów. W zeszłym roku było ich już 277 915, tym samym Camino stało się jednym z najpopularniejszych szlaków pielgrzymkowych ale i długodystansowych na świecie. Jego historia sięga ponad 1000 lat i jest jednym z trzech szlaków, których przejście ma nam zapewnić oczyszczenie z grzechów.



Nie jest to jednak wpis o historii szlaku, ani o tym jak się do niego przygotować, co wziąć z sobą na taką podróż, ile to może zająć czasu, ile to będzie nas kosztować, czy iść samotnie czy z kimś? O tym pisał m.in. Łukasz Supergan na swoim blogu więc jeśli ktoś szuka odpowiedzi na te pytania to odsyłam po prostu tam. Naprawdę dobra lektura! (http://www.lukaszsupergan.com/jak-przejsc-z-polski-do-santiago-de-compostela-podsumowanie)

Łukasz przemierzył Camino w 2013 roku, tymczasem 15 czerwca 2017r. również moje stopy pojawią się na tym szlaku i tym samym stanę się jednym z 300 000 pielgrzymów idących do Santiago de Composteli. Pielgrzymów. Wędrowców. Zabłąkanych. Poszukujących - tylko czego? Dlaczego tyle osób co roku decyduje się na pokonanie tej trasy? Co sprawia, że drogi tysięcy nieznajomych, obcych sobie ludzi krzyżują się na tej samej drodze? Dlaczego właśnie na tej? Czy to marketing? Media? Kościół? Może ktoś przeczytał "Pielgrzyma" Paulo Coehlo albo zobaczył jeden z filmów drogi i postanowił wyruszyć? Albo to te historie opowiadane przez osoby, którym udało się pokonać jedną z dróg prowadzących do Santiago? A dróg jest bez liku. W samej tylko Hiszpanii znajdziemy kilkanaście.
Żródło: https://www.csj.org.uk/planning-your-pilgrimage/routes-to-santiago

Camino to typowo hiszpański szlak, jednak część ludzi zaczyna swoją podróż dużo dalej: w Szwajcarii, Niemczech, Włoszech czy Polsce i mimo, że dróg jest wiele to aż 64%! idących wybiera tzw. Camino Frances, czyli drogę francuską zaczynającą się w niewielkiej francuskiej miejscowości. Ruszając z Saint-Jean-Pied-de-Port mamy do pokonania 780km hiszpańskich bezdroży, z Polski mniej więcej 4000km. Moje 2000km to symboliczna połowa tego dystansu. Dlaczego właśnie tyle? Cóż, mówią w końcu, że prawda leży gdzieś po środku, a kilometry nie mają znaczenia. W tym wypadku mają ale o tym na samym końcu tego wpisu.

Trasa


Startuję w Lourdes we Francji, by następnie udając się na zachód do San Sebastian rozpocząć szlak od tzw. drogi północnej - zdecydowanie mniej uczęszczanej, mniej znanej, trudniejszej, o dłuższych dziennych pieszych odcinkach niż Camino Frances.


Większość osób po dotarciu do Santiago de Composteli kończy swoją wędrówkę. Dla mnie będzie to dopiero połowa trasy. Z Santiago tym razem już drogą francuską będę zmierzał do Bordeaux, idąc pod prąd niczym ryba płynąca na tarło (swoją drogą trasa którą pokonam kształtem przypominać będzie właśnie rybę) lub też jeśli wolicie idę na wprost pielgrzymom. Chcę ich spotykać, chcę z nimi rozmawiać, chcę ich nieco poznać, zrozumieć. Jaki mają cel? Dlaczego idą? Dlaczego sami? Czego się chcą dowiedzieć? Co ich skłoniło do tej wędrówki? Mam nadzieję, że wychodząc im naprzeciw poznam więcej historii niż gdybym szedł wraz z tłumem. Co więcej, nie chcę za nikim iść, nikogo gonić ani przed nikim uciekać, chcę widzieć nieznajomego wędrowca już z daleka i z uśmiechem na ustach witać go na tej niezwykłej drodze.


Camino



Moje Camino zaczyna się w Lourdes, mieście przez wielu uznawanym za święte. Niektórzy wierzą, że jest to miasto cudów i może właśnie taki cud jest mi potrzebny by ukończyć całą swoją podróż i może właśnie dlatego wyruszam stamtąd, a może dlatego, że bilet z Krakowa do Lourdes kosztował mnie tylko 120zł? Pewnie jedno i drugie. Może tak po prostu miało być? Może to wszystko nie jest przypadkowe? Wyruszam na pielgrzymkę z miejsca do którego przybywają pielgrzymi.


Nie jestem osobą religijną, nie chodzę do kościoła i nie wiem w sumie czy wierzę w Bogą czy nie, nigdy nie byłem na żadnej pielgrzymce, nigdy też nie przeszedłem żadego szlaku długodystansowego więc nie mam żadnego doświadczenia w długich wędrówkach, nie mam specjalistycznego sprzętu ani żadnych wyszukanych gadżetów, nie czytałem o szlaku więc nie wiem jeszcze dokładnie którędy będę podążał, nie mam nawet urlopu! Ruszam po prostu na szlak i zamierzam pracować w trakcie podróży. Zdalnie, z laptopa. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, jak pogodzę długą, codzienną, wyczerpującą wędrówkę, zmęczenie, upał, ból, samotność i pracę. Czas pokaże, a czasu będę miał dużo. Nie planuję sobie narzucać konkretnej daty powrotu, nie zamierzam się spieszyć. Zbyt często spieszymy się w naszym codziennym życiu zapominając o tym co ważne. Zapominamy o drugim człowieku.

Intencja

Dla wielu osób Camino jest długą i trudną drogą. Często ruszają nieprzygotowani, nie do końca znają trasę albo cel. Po prostu przemierzają szlak o którym kiedyś usłyszeli. Nie wiedzą jeszcze o bólu który ich czeka, o zmęczeniu, o chwilach zwątpienia, o samotności.

Camino to niełatwa droga, pełna wyrzeczeń i przemyśleń. Istnieje jednak droga o wiele trudniejsza, droga której zupełnie się nie spodziewamy, droga, którą każdy z nas musi przejść. Najtrudniejsza i zarazem ostatnia.

To właśnie tą najtrudniejszą z dróg, ostatnią w naszym życiu, niektórzy przebywają samotnie. W chorobie, bólu, cierpieniu, strachu, zapomnieniu, izolacji. To właśnie dla nich idę. O nich będę myślał podczas tej wędrówki. O osobach w Hospicjum św. Łazarza w Krakowie. W ich intencji będę stawiał kolejne kroki na trasie, przemierzał kolejne kilometry, a każdy kilometr który uda mi się pokonać zamienię na złotówkę, którą wpłacę na konto Hospicjum.

W 2015r, udając się w Podróż do źródeł rzeki której nie ma prosiłem o wsparcie ludzi, często zupełnie mi nieznajomych i dzięki ich bezinteresownej pomocy udało mi się zrealizować mój projekt i dotrzeć do źródeł rzeki. Teraz przyszła pora by spłacić ten dług i pomóc innym. Tym, którzy tego naprawdę potrzebują. Czuję, że to jest ten moment i ta droga i mam nadzieję, że niektórzy z Was dołączą do tej intencji i do każdego mojego kilometra dorzucą swój i swoje kilka złotych. Droga, którą zamierzam przejść jest niczym w porównaniu do drogi, którą pacjenci hospicjum pokonują każdego dnia. Więc jeśli uważasz, że ta podróż ma sens, ma znaczenie proszę wesprzyj ją. 

Podczas wędrówki nie prowadzę zbiórki pieniędzy w żaden inny sposób niż za pośrednictwem mediów społecznościowych. Stąd prośba, udostępnij ten post u siebie na facebooku, blogu, twitterze, powiedz znajomym ale przede wszystkim wesprzyj Hospicjum drobną wpłatą i pomóż tym którzy tego naprawdę potrzebują.


Środki można wpłacać na konto Hospicjum z dopiskiem: "Camino"

Hospicjum im. św. Łazarza 
Bank BPH S.A. II O/Kraków
36 1060 0076 0000 3200 0133 4486
kod BIC (SWIFT) Banku BPH S.A. BPHKPLPK

PONIŻEJ LINK DO HOSPICJUM W KRAKOWIE:

Pamiętajcie. Camino znaczy droga, a droga to życie.

Kierunek: Wschód

Leave a Comment
Pociągi, pociągi, ruskie pociągi. Kręgosłup i zarazem układ krwionośny całego imperium. To właśnie kolej stworzyła Rosję. Niczym nić połączyła z sobą niepasujące mogłoby się wydawać do siebie punkty, tworząc nowy unikalny wzór. Porozrzucane pośród surowej tundry, nieprzebranej tajgi, czy szerokich stepów wioski połączono w jeden twór, jeden olbrzymi organizm. Kolej skróciła dystans, przestrzeń stała się wreszcie policzalna, możliwa do zidentyfikowania, namacalna. Horyzont zyskał swój kres a stała się nim kolejna żeleznickaja stacija. Iwanowo, Władimir, Rybińsk albo po prostu kilometr 157. 



Buriaci i Jenkowie, Tatarzy i Jakuci wszyscy trafili do tego samego naczynia połączonego, stali się najpierw poddanymi cara, później przemianowano ich na tzw. Człowieka radzieckiego - bezosobową postać, bez twarzy. Teraz tworzą współczesną Rosję. Jej granice, jej różnorodność, jej nieskończoność, jej niezmienność. Wsiadają w pociąg i ruszają przed siebie, handlują, pracują, odwiedzają rodziny i krewnych. Raczej nie zwiedzają. Przeciętny Rosjanin w swoim życiu był w czterech może pięciu większych rosyjskich miastach. Spora część nigdy nie opuściła swojego matecznika, swojej prowincji a czasem i miasta czy wioski. Pytam czemu? Nie znają odpowiedzi. Bardziej ciekawi ich zachód i tamtejsze miasta. Londyn, Paryż, Rzym czy Berlin. Po co mieliby jechać do zindustrializowanego Czelabińska czy do skażonej historią Workuty? Albo na Kołymę? No właśnie na Kołymę. Przecież tam nic nie ma poza złotem i zabójczym, bezlitosnym klimatem. Na Kołymę trafia mniej turystów niż na Biegun Północny czy Południowy. To po co tam jechać? Tam, nawet kolej nie dochodzi. No właśnie kolej. 

Nie da się zrozumieć Rosji bez choćby jednej podróży rosyjską koleją. Bez nocy na górnym łóżku plackarty, bez Wagonowej przynoszącej czystą pościel i sprzedającej gorącą herbatę, bez półgodzinnych postojów na stacjach i babuszek z kracianymi torbami sprzedających obiad w skrzypiącym styropianie, bez gry w karty i picia wódki, bez zapachu kiełbasy i ogórków, bez monotonnie niezwykłego i nieco przerażającego widoku niekończących się lasów, tundry, stepów czy mokradeł za oknem. Bez Sankt Petersburga i Moskwy, bez rosyjskich pięknych kobiet i opuszczonych biednych zabitych dechami wiosek. Bez miliarderów i kawioru i bez czarnej tablicy na stacji kolejowej wskazującej najbliższy odjazd w kierunku: Wschód.

Nie było nocnego pociągu więc wsiadłem w pierwszy poranny. Stara, klasyczna plackarta. Kierunek Samara ale wysiadam po drodze w Niżnym Novgorodzie. Piętrowe łóżka rozłożone, część osób wciąż śpi. Za oknem wciąż ten sam krajobraz. Lasy brzozowe, mokradła, co kilkanaście kilometrów jakaś osada złożona z biednych, zaniedbanych drewnianych domostw. Co kilkadziesiąt kilometrów jakieś miasto. I tak przez następne kilka, kilkanaście godzin. Nie mogę zejść na dół. Nie miałbym gdzie usiąść. Sąsiad śpi pode mną, na łóżku obok siedzi trójka pasażerów, a resztę zagracają jakieś bagaże. Więc siedzę i patrzę się. To w przejście, to w okno. Nie wiem co ciekawsze. Jeden i drugi widok nie zmienia się od godzin. Stała, niezmienna nuda. Nikt nie pije wódki, nie ma kur ani kóz jak na Haiti, nie ma muzyki poza dziwnym sapaniem dobiegającym zza ściany. Nie ma nawet pająka, który plecąc pajęczynę dostarczył by mi jakiejś rozrywki, jakiegoś zajęcia. Zapowiada się prawdziwie leniwa niedziela. Poziom ekspert w nic nie robieniu. Gdyby nie to sapanie można by pomyśleć, że medytuję a tymczasem po prostu zwiedzam Rosję nie ruszając się nawet o krok. 

Zastanawiałem się dlaczego tak wiele osób marzy o podróży koleją transsyberyjską? Przez kilkanaście dni nie opuszcza się pociągu, za oknem wciąż ten sam monotonnie pusty krajobraz. Otchłań sięgająca po horyzont. Co nas tam ciągnie? Czy to chęć dotarcia na rubieże wielkiego imperium, na granice ludzkiego świata, podróż za nieznanym, a może jakaś nostalgia i pamięć o Sybirakach wywożonych na wschód. A może chodzi właśnie o ten wschód, o tą mityczność, niepojętość, o krainę naszych przodków. O miejsce skąd pochodzą Słowianie i miejsce gdzie wschodzi słońce. Może podróż na wschód jest podróżą do naszych korzeni, do natury, do nieznanego, próbą poznania siebie i próba zrozumienia tego co nas otacza. A może chodzi po prostu o bycie w drodze, bo czy jest jakaś dłuższa droga, dłuższa podróż od podróży na wschód?

Camino - Życie w drodze czyli jak dotrzeć tam gdzie zmierzamy

4 comments
Marzycie o tym by pracować i podróżować jednocześnie? By wiecznie być w drodze? By każdego dnia budzić się z uśmiechem na ustach bo jesteście właśnie tam gdzie chcielibyście być? 

Ten wpis będzie właśnie o tym. Po części. Tej mniejszej części. 



Będzie to wpis o podróżach - zdecydowanie! O życiu w drodze - jak najbardziej! O kształtowaniu tej drogi - o tym przede wszystkim! Nie będzie tu punktów co zrobić by spełnić marzenia. Nie będzie 5 złotych rad na znalezienie szczęścia, ani 10 sposobów na tanie, luksusowe, wygodne podróżowanie albo 6 wskazówek jak godzić pracę z podróżowniem. Będzie to zwykła historia o tym jak dotrzeć tam gdzie zawsze myśleliśmy, że chcemy dotrzeć. Historia o realizacji swoich marzeń i o tym co potem, co gdy uda nam się te marzenia zrealizować. Ale zanim tam dojdziemy, pozwólcie, że opowiem Wam historię z mojego dzieciństwa, którą często przytacza moja mama. 

Podróżujący przedszkolak

Gdy byłem dzieciakiem - miałem może 3-4 lata - mieszkaliśmy z rodzicami w Krakowie w akademiku dawnej Akademii Ekonomicznej w okolicach Alei 29 Listopada. Z samego rana piechotą wyruszaliśmy w stronę najbliższego przystanku autobusowego, skąd następnie już autobusem, po kilkudziesięciu minutach, docieraliśmy do mojego przedszkola. Niewiele pamiętam z tamtego okresu poza tym, że chodząc po betonowych płytach chodnikowych starałem się nie nadeptywać na linie oddzielające płytki od siebie oraz na masę dżdżownic wychodzącą spod płytek w czasie deszczu. Pamiętam też, że na przystanku zawsze była masa ludzi, głównie studentów. 

Pewnego dnia, ludzi chcących wsiąść do autobusu było tak dużo, że ciężko było się dostać do środka. Moja mama postanowiła jednak spróbować i jak tylko weszła do środka, drzwi autobusu zatrzasnęły się, zostawiając mnie samego na przystanku. Autobus ruszył przed siebie, pomimo krzyków mojej mamy dobiegających zza szyby. Po chwili kierowca zatrzymał się jednak, wypuszczając moją zestresowaną i wrzeszczącą w niebogłosy mamę na zewnątrz. Co sił w nogach pobiegła na przystanek, w nadziei, że wciąż tam jestem. Byłem. Stałem przyglądając się dżdżownicom na chodniku, a może młodym studentkom zmierzającym na uczelnie. Z dzisiejszej perspektywy to drugie wydaje się ciekawsze ale wtedy? 

Jakiś czas później, na tym samym przystanku, znów było mrówie ludzi. Moja mama nauczona już doświadczeniem, gdy tylko autobus otworzył drzwi wsadziła mnie tym razem pierwszego do środka. Jak tylko dotknąłem stopami stopni, drzwi starego Ikarusa nagle się zatrzasnęły zostawiając kompletnie zaskoczoną mamę na przystanku. Autobus ruszył przed siebie. Oczywiście mama ruszyła w pościg jednak kierowca autobusu nie zważał na jej wołania. Na szczęście studenci wysadzili mnie na najbliższym przystanku. Opowiadam tę hostorię, bo jeśli podróże to styl bycia – to zacząłem dość wcześnie. 

Sztuka wyboru

Lata mijały. Szkoła, gimnazjum, liceum. Najwyższa pora na kolejną samodzielną podróż - pomyślałem - ale do tego potrzebne są przecież pieniądze. Pojawiła się okazja. Praca w Hiszpanii przy zbiorach owoców, głównie jabłek. Miałem wówczas 19 lat i zbliżały się wakacje, a tu pierwsza w życiu płatna praca i to od razu za granicą. Idealnie można by pomysleć, gdyby nie fakt, że na takich zbiorach pracuje się kilka-kilkanaście godzin dziennie w palącym słońcu wdychając kurz i pestycydy, śpi się na twardych piętrowych łóżkach, wstaje o 6 rano, cały dzień zrywa owoce, nosi kilkudziesięcio kilogramowe kosze oraz co drugi dzień na obiad je się ryż z jabłkami by zaoszczędzić nieco pieniędzy. Wszystkiemu towarzyszy jeden cel. Zarobić nieco pieniędzy i ruszyć w świat. 

Zacząłem od Katalonii i Francji ale to był ten pierwszy ważny krok do dalszych podróży. Później przyszedł Erasmus i podróże po Europie razem z ówczesną dziewczyną. Widywaliśmy się mniej więcej raz na miesiąc w miastach leżących gdzieś pomiędzy Walencją a Krakowem. Dużo kombinowania, dużo oszczędzania, pierwsza przygoda z couchsurfingiem i tanimi liniami lotniczymi ale udało się. Kilkanaście europejskich miast za mniej niż 100EUR (mówię o kosztach przelotów i noclegów). 

Po powrocie do Polski przeprowadziliśmy się do Warszawy. Nowe otoczenie, nowi znajomi, nowe studia, pierwsza stała praca. Jedna w tygodniu, druga weekendami. Nie myślałem wówczas o podróżach ani o byciu w drodze. Niewiele brakowało, a ustatkowałbym się i z całą pewnością nigdy bym nie napisał tego tekstu. Byłbym obecnie zupełnie innym człowiekiem. Czy szczęśliwszym - tego nie wiem ale na pewno byłbym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Jednego jestem pewien, życie to sztuka wyboru i w owym czasie musiałem podjąć pewien wybór. Nie sam. Razem z ówczesną dziewczyną zdecydowaliśmy się na rozstanie po kilku latach bycia razem.

Po rozstaniu nie mogłem się odnaleźć. Nie wiedziałem co z sobą zrobić. Wszystko wkoło przypominało mi o tej drugiej osobie. Postanowiłem uciec. Najdalej jak się da. Na Alaskę. Pojechać i zapomnieć. Skupić się na ciężkiej pracy. Odpocząć od tego warszawskiego świata, tych codziennych wyimaginowanych problemów. Chciałem coś zmienić bo nie radziłem sobie. Pomyślałem, że podróż może być rozwiązaniem. Przecież wciąż, niemal na każdym kroku słyszymy: "Podróże kształcą", "Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę", "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj", "Podróżować to żyć" - a ja właśnie chciałem żyć. Chciałem nowego życia, przemiany. Potrzebowałem uwolnić się od przeszłości i zacząć żyć teraźniejszością. Pójść do przodu. Rzuciłem więc obie prace w Warszawie, zawiesiłem studia i właściwie z dnia na dzień poleciałem tam - hen daleko - do krainy łososi i niedźwiedzi. To była bardzo trudna decyzja ale musiałem wreszcie wykonać jakiś krok by coś zmienić. Dokonałem wyboru. Podjąłem decyzję, która zmieniła wszystko w moim życiu.

Work and Travel

Ponad trzy miesiące ciężkiej fizycznej pracy sprawiły, że zacząłem myśleć innymi kategoriami. Postawiłem sobie cel. Zarobić dostatecznie dużo pieniędzy by ruszyć w podróż i dotrzeć w miejsca o których słyszałem jedynie w audycjach radiowych, czytałem w National Geographic czy też widziałem w rozmaitych programach telewizyjnych. Chciałem przeżyć przygodę, dać się porwać drodze, stać się jej częścią. Po prostu ruszyć, a reszta sama jakoś się ułoży i ku mojemu zaskoczeniu tak właśnie się stało. Rozsypane puzzle zaczęły układać się w niesamowite, cudowne, nieprawdopodobne obrazy, a przed moimi oczami pojawiły się miejsca z moich snów. Tym razem jednak rzeczywiste, prawdziwe, namacalne. Będące tu i teraz. Mogłem stanąć obok majestatycznej Sekwoi i poczuć jej zapach. Wiecie jak cudownie piękny, czysty ma zapach? Ja wiem. Wiem też jak wygląda Wielki Kanion o poranku, czy też blask księżyca w tafli oceanu na Hawajach, wiem jak smakuje Kava na Fidżi, czy tortille w Meksyku, wiem co to znaczy się bać gdy nurkuje się w jaskiniach a nie umie się pływać, wiem co to znaczy pokonywać swój strach gdy wybieracie się w góry bądź próbujecie lotu między koronami drzew, wiem jak to jest spać samotnie w gwatemalskiej dżungli i budzić się na szczycie piramidy Majów w Tikal, wiem jak wygląda przepych Los Angeles i Nowego Jorku oraz slumsy Port-au-Prince po trzęsieniu ziemi. Wiem dużo ale wciąż się uczę. Uczę się przede wszystkim szacunku do otaczającego mnie świata, do napotkanych ludzi, do nieznanych mi kultur i obyczajów, poznaję nowe języki, nowe smaki, zapachy, nowe zjawiska i zwyczaje. Próbuję, odkrywam, doświadczam i staram się zrozumieć to co widzę. Pracuję nad sobą wewnętrznie i odkrywam swoje wnętrze przed drugim człowiekiem. Chcę poznać tą drugą, nieznaną mi jeszcze przed chwilą osobę, jej życie, jej historię, wysłuchać jej problemów i pomóc jeśli tylko jestem w stanie. Jestem w drodze, a droga całkowicie mnie pochłania. Przemierzam tysiące kilometrów ale postanawiam wrócić do domu na święta. Pożegnać się z ukochanym dziadkiem, na którego pogrzebie nie mogłem być. Tak, wybory na takiej drodze nie są łatwe. Wiecznie samemu, z dala od znajomych, przyjaciół, rodziny, ważnych momentów ale weszliśmy na tę drogę i ciężko z niej już zrezygnować. Ta droga uzależnia. Tak jak pisał Kapuściński: "Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.". Pojawia się więc pytanie jak żyć z tym uzależnieniem, z ta chorobą. Jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości po powrocie?



Receptą jest...

No właśnie. Co zrobić gdy wrócimy do domu, wypakujemy plecak, przegramy zdjęcia i filmy, spojrzymy raz jeszcze na notatki? I co teraz? Jaki wykonać kolejny krok. W głowie tysiące pomysłów albo całkowity ich brak. Trzeba od czegoś zacząć.


Wróciłem na studia do Warszawy. Napisałem pracę magisterską o negatywnych skutkach pomocy humanitarnej i rozwojowej. Uwzględniłem w niej m.in. obserwacje z mojej podróży, w tym sytuację na Haiti po trzęsieniu ziemi. Pomyślałem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zatrudnić się w jakiejś organizacji pomocowej i coś zmienić. Nie udało się. Nigdzie nie przyjęli mojej aplikacji. Zweryfikowałem więc swoje plany. Potrzebowałem pieniędzy. Zatrudniłem się w KPMG ale po miesiącu zrezygnowałem. Krawat, biała koszula, te wszystkie zasady i reguły, absurdy i przepisy, które sprawiały, że każdy dzień pracy wydawał się całkowicie bezsensowny. Dostałem kontrakt w Coca-Coli ale było jeszcze gorzej. Tabelki, liczby, przelewy, rozmowy z kontrahentami, faktury i świadomość, że pracuję dla jednej z największych firm na świecie i że moja praca nie ma najmniejszego sensu. Absolutnie nic nie wnosi ani do mojego życia ani do tego świata. 

Przeniosłem się do Niemiec do IBMu. Kolejne korpo można by powiedzieć. Ku mojemu zaskoczeniu było jednak inaczej. Międzynarodowe środowisko, praca kilkadziesiąt kilometrów na południe od Stuttgartu, wkoło zieleń, cisza, spokój. Codziennie do pracy jeździłem na rowerze, a w samej pracy zajmowałem się wysyłaniem zdolnych niemieckich studentów na zagraniczne praktyki zawodowe. Przynajmniej pomogę innym osobom podróżować - pomyślałem i tak też właśnie robiłem. Tajwan, Indie, Chiny, Kostaryka, USA, Argentyna. Tyle niezwykłych miejsc.

DreamYear

Powoli sześciomiesięczny staż w IBMie dobiegał końca, a w mojej głowie znów pojawiały się pytania: Co dalej? Wracać do Polski? Zostać w Niemczech? A może jeszcze coś innego? Znów zapragnąłem spróbować swoich sił w organizacjach pomocowych, humanitarnych itp. Wpisałem więc w wyszukiwarce słowo „Aid” i wyskoczyła niezwykła oferta pracy dla firmy AidCom zatytułowana DreamYear. Praca polegała na monitorowaniu mediów i komunikatów prasowych z całego świata i wyłapywaniu tych informacji, które są kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa turystów. Strajki, powodzie, trzęsienia ziemi, fale tsunami, zamachy, wojny itp. 

Po znalezieniu odpowiedniego "newsa" w przeciągu 5 minut analizowałem dany tekst, po czym przygotowywałem jego streszczenie a następnie tak przeedytowaną wiadomość wysyłałem smsem do turystów znajdujących się w miejscu potencjalnego zagrożenia ostrzegając o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Miałem więc poczucie, że pomagam innym i że moja praca ma sens. Co więcej, w ramach kontraktu mieszkałem na czterech różnych kontynentach m.in. w Malezji, Etiopii, Meksyku czy Norwegii, miałem dwa miesiące płatnego urlopu, pensję w wysokości 1000 EUR oraz zapewnione zakwaterowanie i przeloty między poszczególnymi lokalizacjami. Brzmi jak praca marzenie? I taką właśnie była! Pewnie dalej siedziałbym gdzieś w malezyjskim wieżowcu i wysyłał smsy, gdyby nie fakt, że firma... zbankrutowała. Okazuje się, że taki model biznesowy nie do końca się sprawdził ale co moje to moje. To właśnie dzięki tzw. DreamYear mogłem zwiedzić 26 państw w ciągu jednego roku. 26 państw na 26 urodziny. 

Dziś się śmieję, że to ja chciałem pomagać ludziom, a tu niespodziewanie los pomógł mi. Postanowiłem więc wykorzystać tę sytuację i nie zmarnować ani jednego dnia. W przeciągu roku trwania tego programu, przez pięć, może osiem dni siedziałem w mieszkaniu bezczynnie i nie robiłem nic. Każdy inny dzień poświęciłem albo pracy albo podróżom. Drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć - pomyślałem. 

Co więcej nie chciałem by były to zwyczajne podróże. Nie chciałem jedynie odhaczyć kolejnych punktów na mapie. Wpadłem więc na niecodzienny pomysł. Wyruszę w świat z zielonym jabłkiem i nakręcę z tej wyprawy krótki film. 



Dlaczego zielone jabłko? Sam nie wiem. Może to ta pierwsza praca w Hiszpanii? Może dlatego, że jest smaczne? A może ze względu na pewną scenę z Into the Wild? No właśnie... Ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Wiem jednak, że pomysł na podróż z jabłkiem okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki niemu zupełnie inaczej przeżywałem swoją drogę. Zamiast myśleć o tłumach turystów, o zabytkach, upływającym czasie, o pracy itp. w mojej głowie pojawiała się zupełnie inne myśli: Jak nakręcić to ujęcie? Skąd ja tu wezmę zielone jabłko? Czy będzie dobre światło? Czy mi nikt nie zakosi kamery i statywu? I wiele wiele innych absurdalnych myśli i pytań. Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że te podróże nabrały dla mnie nowego sensu, stały się źródełem do zabawy, pobudzały moją kreatywność i sprawiały mi niesamowitą radość. 

Na kręceniu poszczególnych scen spędzałem niejednokrotnie kilka godzin. Wyobraźcie sobie, że dla jednej sceny na Machu Picchu, przez kilka dni taszczyłem ze sobą jabłka, statyw i inkaskie poncho. Dodatkowych kilka kilogramów na plecach podczas wyczerpującego trekkingu w górach tylko po to, by nakręcić pięciosekundową scenę z jabłkiem. Ale tak właśnie miało być. Taki sobie scenariusz wymyśliłem i za wszelką cenę chciałem go zrealizować. Nakręcenie tego trzyminutowego filmiku kosztowało mnie naprawdę mnóstwo czasu i pracy ale opłaciło się. Firma co prawda zbankrutowała ale tych wszystkich przygód i doświadczeń nikt mi już nie odbierze. No i co ważne, powstał całkiem fajny filmik, który jak się później okazało, dał mi nową pracę. 



Podróż do źródeł rzeki której nie ma

Po przygodzie z AidComem, długo poszukiwałem odpowiedniego zajęcia, które sprawi, że będę mógł pracować i podróżować jednocześnie. W międzyczasie zapisałem się na studia doktoranckie ale dość szybko zorientowałem się, że jest to strata czasu. Nic nie wnosiły nowego, a życie znów przelatywało mi przez palce. Ruszyłem więc w "Podróż do źródeł rzeki której nie ma". Zaryzykowałem, ruszyłem w drogę i dzięki pomocy życzliwych ludzi w tym zupełnie nieznajomych, którzy postanowili wesprzeć mój projekt na polakpotrafi.pl udało mi się zrealizować mój projekt, moje marzenie. Jeszcze raz wielkie dzięki za wsparcie! Bez Was by się to nie udało.




Przemierzyłem kilkanaście tysięcy kilometrów azjatyckich bezdroży po czym znów wróciłem do Warszawy i niemal od razu znalazłem pracę. Tym razem w wyszukiwarce lotów jako Video Marketing Manager. To właśnie dzięki temu małemu zielonemu jabłku. Kto by pomyslał? 

Teraz pracuję w tej samej wyszukiwarce ale jako Social Media Manager, Community Manager czy też koleś od facebooka - jak tam kto woli. Wydawać by się mogło: praca idealna. Tworzę posty, zdjęcia i materiały o podróżach. Wysyłam ludzi za granicę, sam też podróżuję. Rok przepracowany, a w duszy znów odzywa się wewnętrzy głosy mówiący: czas wyruszyć, znów znaleźć się w drodze, kontynuować ścieżkę na którą rzucił mnie los. Ale jak to zrobić?

Digital Nomad, czyli kto?

W zeszłym tygodniu dostałem wiadomość: Zgadzamy się, możesz pracować zdalnie! Wyobrażacie sobie? Bo ja chyba wciąż nie. Mogę spakować się i ruszyć niemal w każde miejsce globu, wszędzie tam gdzie dociera internet i kontynuować swoją drogę. Podróż zwaną życiem a może życie zwane podróżą. W piątek ruszam do Berlina, tydzień później do Chorwacji, a stamtąd do Rosji. Właśnie zaczynam kolejny DreamYear, z małym wyjątkiem. Tym razem to ja decyduję o tym gdzie i kiedy przebywam i jak wyglądać będzie moja droga, a ta ma wiele do zaoferowania. Trzeba mieć tylko oczy i uszy szeroko otwarte. Trzeba umieć patrzeć, obserwować, słuchać, a nie tylko słyszeć, interesować się, zadawać pytania i poszukiwać swojej własnej ścieżki. Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Myślę, że podróże pozwalają nam przede wszystkim spojrzeć w głąb samego siebie, zrozumieć swoje pragnienia i wejść na właściwą ścieżkę. Czasem dopiero po latach potrafimy dostrzec dokąd ona nas prowadzi.

Zdecydowałem się na napisanie tego wielgaśnie długiego wpisu będącego w sumie moim podróżniczym życiorysem (Nie wiem, czy w ogóle ktoś dotarł aż tutaj z czytaniem?! Jeśli tak to wielkie dzięki.), po to by pokazać, że naprawdę jeśli do czegoś dążymy to prędzej czy później udaje nam się to zrealizować. Nie jest to proste. Co więcej, wiąże się z licznymi upadkami, ciągłymi wyrzeczeniami i nieustannymi poszukiwaniami ale warto słuchać tego co podpowiada nam wewnętrzny głos. Tym razem wzywa mnie on na nową drogę, nowe camino. Camino de Santiago.

Kultura JA

2 comments
O "Kolosach" największym festiwalu podróżniczym w Polsce mówi się dużo. Najczęściej o olbrzymich kolejkach przed wejściem. Coraz częściej jednak także w kontekście komercjalizacji tej imprezy ale i samych podróży.

Dla mnie wydarzenie to co roku jest miejscem do refleksji. Obserwuję trendy w świecie podróżników, sposoby prezentacji wypraw, ich temat, cel, kierunek. Obserwuję, słucham, uczę się i zastanawiam się dokąd to wszystko zmierza. Coraz więcej widać wystąpień nakierunkowanych na pokazanie siebie, wypromowanie własnej osoby, zrobienie podróżniczego kilkudziesięcio minutowego selfie i umiejscowienie całego świata jedynie jako tła dla całej historii. Liczę się przecież ja i to mnie macie oglądać i słuchać.

Zmiany te nie dotyczą tylko świata podróży. Zachodzą niemal wszędzie. Współczesny sukces m.in. Snapchata jest tu nieprzypadkowy. Dawniej pisano listy, pamiętniki, później rozmawiano przez telefon, wysyłano smsy czy też wiadomości na facebooku. Pytano: Cześć, co u Ciebie? Jak leci? Jak minął weekend? Teraz nikt nie pyta, nie interesuje się, bo przecież jak nie mówisz to znaczy, że nic ciekawego się u Ciebie nie dzieje, prawda? Teraz wysyła się snapy informując wszystkich o tym co się u mnie dzieje. Przecież każdy obowiązkowo (!) chce zobaczyć jak pierwszy raz od wczoraj właśnie wyszedłem na zewnątrz i nakładam psi filtr (koniecznie z językiem) na swoją twarz spacerując po sieciówce z modnymi ciuchami. Całkowite przewartościowanie, odwrócenie punktu zainteresowania. Nie ma już przyjaciel, znajomy, człowiek. Jestem ja.
Chcesz wiedzieć co u mnie to zobacz na snapie.
Nie czytasz moich opisów znaczy się nie interesujesz się mną i tym co się u mnie dzieje więc spadaj na drzewo. A sorry... jakie drzewo? Przecież wszystkie wycięli.

Kultura Ja. Bycie skromnym jest przecież przereklamowane. Trzeba mówić o sobie by się przebić, by nas zobaczono. Jak nie ja to jest przecież 7 mld ludzi a wśród nich ktoś kto szybko zajmie moje miejsce. Moje, mojsze, najmojsze.

A gdzie drugi człowiek?

Wychowałem się na reportażach Kapuścińskiego czy programach Tonego Halika, w których to właśnie drugi człowiek stał w centrum zainteresowania, liczyła się opowieść innych, innego świata, innej rzeczywistości. Dziś ta rzeczywistość jest przykryta warstwami, filtrem sztuczności i pęczniejącym ego pokazującym język wszystkim wkoło nas. Nas - znaczy się mnie, bo przecież to ja jestem "mega" o czym świadczy wrzucony przed chwilą buziak na zdjęciu z kciukiem do góry. No i liczba lajków. Tak, zdecydowanie liczba lajków i komentarzy. To przecież one motywują do działania, do podróży. Podkreślają moją zajebistość.

Bycie skromnym się nie opłaca. No bo jak być skromnym gdy się podróżuje po świecie od kilku, kilkunastu lat. Jak o tym opowiedzieć bez selfie sticka i zdjęcia z rączki. Przecież jak nie opowiem to nikt się nie dowie więc po co w ogóle cała ta wyprawa? Po co jeździć na inny kontynent czy do Ciechocinka skoro nie napiszą o tym później w gazecie, blogu, nie nakręcą wywiadu czy nagrania w TV, nie przyjmą na festiwal? Liczy się w końcu fejm. Po to jeździmy po świecie, wstajemy z łóżka i rozpoczynamy każdy kolejny dzień.

W książce "Kapuściński non-fiction" przeczytałem kiedyś o powrotach Kapuścińskiego z dalekich wypraw. Miesiące rozłąki ze znajomymi, brak kontaktu, szczątkowa korespondencja, cenzura.
Kapuściński wchodzi do baru. Spotyka znajomego.
- Rysiu! Opowiadaj jak było? - słyszy.
- W porządku, a co u Ciebie? Jak się miewa żona? Urządziliście już mieszkanie?
Były to czasy gdy znikomy procent Polaków mógł sobie pozwolić na jakikolwiek wyjazd. Marzeniem była wycieczka do Bułgarii, nie mówiąc już o Indiach, Angoli czy Meksyku. A dzisiaj? Podróżują wszyscy. Każdy jest przecież podróżnikiem.

Czasy Kapuścińskiego zniknęły bezpowrotnie. Udały się w daleką podróż. Podróż w której nie ma selfie sticka ani relacji na instagramie. Jest drugi człowiek i spotkanie. Jego historia, jego życie, uczucia, doświadczenia, radości i problemy. Jest czas, który oferujemy tej drugiej osobie siedzącej na wprost nas. Jest rozmowa a nie monolog. Jest bliskość i zrozumienie bądź próba zrozumienia a nie narzucania swojego ja i swoich historii. Nauczyliśmy się mówić ale zapomnieliśmy słuchać, a szkoda bo świat ma mnóstwo do opowiedzenia. Wystarczy przyłożyć ucho i wsłuchać się w jego słowa a każdy dzień będzie nowym doświadczeniem, nową opowieścią, nową historią, która może zmienić nasze życie. Wystarczy poświęcić nieco czasu. Czasu.

Jose Mujica nazywany przez media najbiedniejszym prezydentem świata a przez rodaków po prostu "Pepe", w krótkim wywiadzie dla projektu filmowego "Humans" opowiada o wartości naszego życia i czasu.



Czas - najcenniejsza wartość jaką posiadamy. Czas to nasze życie. Drugiego nie dostaniemy. Czy może zatem istnieć coś cenniejszego niż czas, który możemy ofiarować drugiej osobie i czas który otrzymujemy od innych? Każdego dnia wybieramy na co poświęcamy sekundy, minuty i godziny naszego życia. Dlatego naprawdę szczerze Ci dziękuję, że tym razem tych kilka minut swojego życia poświęciłeś/aś na przeczytanie tego tekstu. Szczepan