• Pepe 1
  • Pepe 2
  • Pepe 4
  • Pepe 5

Seattle

Leave a Comment
Jestem w Seattle od poniedziałku 23 maja. Jest 28 maja, godzina 17:18. Nazwa strefy czasowej PDT, cokolwiek to znaczy. Dni mijają dość szybko.

Przyleciałem wieczorem o godzinie 21:05. Odebrałem bagaż i po 15 minutach przyjechał po mnie Will. Wraz z Cam zgodzili się abym u nich został do 1 czerwca, czyli do dnia mojego wylotu na Alaskę. 

Will, siwe, dość mocno przerzedzone włosy na głowie, gęsty wąs przypominający nieco ten, który znaleźć możemy u słynnego polskiego elektryka ze Stoczni Gdańskiej, duże uszy, niewielkie okulary osadzone na wyrazistym i nieco grubawym nosie spod których spoglądają niewielkie oczy badające dość uważnie moją postać. Cam powitała mnie ciepłym uściskiem i szerokim uśmiechem. Od razu poczułem się tak jak zapewne czuli się pierwsi europejscy osadnicy przybywający do Nowego Świata witani przez tubylców dorodnym pieczonym indykiem. Kilka dni później Cam i Will zaprosili mnie na ich 32. rocznicę ślubu, do ekskluzywnej i urokliwej restauracji we wschodnim Seattle, co prawda bez indyka na talerzu ale z soczystymi żeberkami, sosem miętowo-cytrynowym i kawałkami pieczonych ziemniaków ułożonymi w formie lekkiego łuku na prostokątnym półmisku.


Łamanie tradycyjnych europejskich kulinarnych konwenansów jest dość powszechne po drugiej stronie Atlantyku ale słodkie ciasto z dodatkiem oliwy z oliwek, wina, truskawek i bitej śmietany burzy nieco moje wyobrażenie o granicach eksperymentowania w kuchni. Do tego wszystkiego, tej (jakby na to nie patrzeć) dość zaskakującej kombinacji smaków, zapachów i kolorów towarzyszyło czerwone wino Jerez, zwane tu Sherry. 

Wino to ma dość ciekawą historię. Pochodzi z Andaluzji z regionu Jerez de la Frontera i wytwarzane jest na Półwyspie Iberyjskim prawdopodobnie od trzech tysięcy lat. Winorośle przywiezione przez Fenicjan doskonale zadomowiły się na skąpanym słońcem południu Hiszpanii jednak to dopiero Maurowie w VIII wieku n.e. po podbiciu tego regionu udoskonalili produkcję tutejszego wina wprowadzając proces destylacji, jednocześnie wzmacniając lokalne trunki. Podczas arabskiego panowania kultywowano produkcję wina ale dopiero po udanej hiszpańskiej rekonkwiście produkcja sherry znacząco wzrosła, by w XVI w. uzyskać reputację najlepszego wina na świecie. 

Sherry ze względu na zwiększoną zawartość alkoholu lepiej od innych win znosiło trudy długich podróży. Nie dziwi więc fakt, że w swoją pierwszą wyprawę w poszukiwaniu morskiej drogi do Indii, Krzysztof Kolumb zabrał właśnie ten niezwykły trunek. Podobnie zresztą uczynił Magellan, który podczas przygotowań do pierwszej w historii podróży dookoła świata spędził więcej czasu na gromadzeniu odpowiednich zapasów wina Jerez pod pokładem niż na skompletowaniu wystarczającej ilości broni. Magellanowi nie udało się powrócić do Europy. Zginął w walce u wybrzeży Filipin 27 kwietnia 1521 roku. 

Na pamiątkę tamtych wydarzeń ustanowiono nawet święto narodowe zwane Lapu-Lapu, podczas którego Filipińczycy świętują pierwsze zwycięstwo nad europejczykami i pierwszy udany opór przed hiszpańską kolonizacją. Co ciekawe, spora część Filipińczyków świętuję to wydarzenie wypijając olbrzymie ilości alkholu. Kto wie, może i jest to sherry, czyli prawdopodobnie pierwsze wino, które dotarło do Nowego Świata oraz pierwsze, które okrążyło kulę ziemską. Czy istnieje więc lepszy trunek, którym mógłbym rozpocząć swój pobyt na amerykańskiej ziemi?

Następnego dnia po długiej i ciężkiej pobudce zwklekłem się z łóżka i wolnym krokiem udałem się na przystanek autobusowy. Wiedziałem, że czekać mnie będzie wyjątkowo biurokratyczny dzień ale powoli zaczynam rozumieć Kolumba i Magellana i ich zamiłowanie do Sherry. 


Po załatwieniu wszystkich dokumentów i wystaniu się w kolejce w Social Security Administration Office podpisałem umowę o pracę i 1 czerwca o godzinie 04:30 rano mam odlot z Seattle Tacoma International Airport na Alaskę. Wielka niewiadoma na którą wciąż czekam spędzając leniwe dni w nieco deszczowym i kapryśnym pogodowo mieście.

Downtown Seattle jest niewielkie, kolorowe i niezwykle urokliwe, co jest dość niespotykanym zjawiskiem w przypadku skupiska betonowych bloków i szklanych wieżowców. Olbrzymie drapacze chmur, autostrady, które ciężko w jakikolwiek sposób ogarnąć, tunele, wodne taxi, żółte i pomarańczowe taksówki, żółte szkolne autobusy niczym z „Boston Public” oraz ich miejskie odpowiedniki służące do transportu publicznego, jeżeli w ogóle w Stanach Zjednoczonych można mówić o czymś takim jak transport publiczny. Zielono-żółte w stylu lat 70tych, aczkolwiek patrząc na nie odnoszę wrażenie, że to żadna stylizacja. One chyba rzeczywiście mają już po kilkadziesiąt lat. Zamiast przycisków do otwierania drzwi, po obu stronach autobusu wiszą jakieś linki, przypominające sznurki do rozwieszania prania, za które należy pociągnąć jeśli chce się wysiąść. Zanim jednak się wysiądzie trzeba wsiąść i tu pojawia się mały problem. Bilety kupuje się u kierowcy, a płacić można tylko gotówką i to odliczoną, bo kierowca nie wydaje reszty. Będąc krakowskim sknerusem wychowanym w duchu nieustannego oszczędzania, liczę każdy cent i tak oto większą część czasu spędzam na chodzeniu od sklepu do sklepu i kupowaniu po jednej małej rzeczy, żeby rozmienić banknot 10$. Czasem ma to jednak i dobre strony. Dziś spacerowałem wzdłuż plaży i podszedłem do niewielkiego standu na kółkach żeby kupić hot-doga, po czym otrzymałem go za darmo, bo sprzedający hot-dogi chłopak nie miał wydać z 10$.

A co do sklepów, no cóż. Wszystkie ceny podane są bez podatku więc dopiero przy kasie okazuje się ile musimy zapłacić. A kwota może nas mocno zdziwić, bo dajmy na to kupuję sobie gruszki, a tam cena dwa dolary za jeden funt gruszek. Ale ile to jest funt gruszek?! Jedna, trzy, osiem? Dla przeciętnego przybysza z Europy przypomina to grę w rosyjską ruletkę. Nie masz pojęcia co Cię czeka. Nie mówiąc już o innych dziwnych miarach. Pytasz się kogoś o drogę, a on Ci mówi, że to jakieś 3/4 mili albo że trzeba skręcić za 300 stóp w prawo. Budzisz się rano, otwierasz gazetę, a tam informacja, że dziś będzie 59F, czyli ile?! Zimno? Ciepło? Odnośnie tego czy będzie padać... W Seattle chyba nikt tego pytania w ogóle nie zadaje bo pada tu niemal codziennie z tym, że jest to dość lekki deszcz i trwa zazwyczaj kilka minut, czasem całe popołudnie. Można się przyzwyczaić. Dziś o dziwo cały dzień nie padało, ale do wieczora zostało jeszcze trochę czasu więc wszystko może się zdarzyć.

Mieszkając w Polsce dziesiątki jeśli nie setki razy słyszałem, że sprzęt elektroniczny za oceanem jest dużo tańszy więc postępując zgodnie ze swoim wychowaniem (czyt. chęcią oszczędzenia kilku dolarów) postanowiłem wybrać się na zakupy do wielkiego centrum handlowego znajdującego się na obrzeżach miasta, a może i nawet stanu Washington. Wyprawa po laptopa okazała się udana ale znów to jak gra w ruletkę. Nie dość, że do sklepu elektronicznego jedzie się dobre kilkanaście minut autostradą (autobusy w ogóle tam nie jeżdżą), to jeszcze poziom obsługi jest katastrofalny. 

Podchodzę i pytam się pierwszego napotkanego pracownika stojącego na dziale z laptopami o szczegółowe dane techniczne trzymanego przeze mnie w ręku sprzętu. Niski, grubawy mężczyzna o lekko azjatyckich a może indiańskich rysach twarzy spogląda na mnie ze zdziwieniem, bierze obydwa laptopy do ręki i czyta na głos specyfikacje umieszczone na niewielkich naklejkach w lewym dolnym rogu, po czym oddaje mi oba laptopy.

Zdębiałem. Nieuzyskawszy odpowiedzi ponawiam swoje pytanie na co nieco zaskoczony chłopak drapie się prawą ręką po głowie i idzie po kogoś do pomocy. Przychodzi kolejny mężczyzna i sytuacja znów się powtarza, a ponieważ dalej stoję przed nimi próbując uzyskać odpowiedź na swoje pytanie, tamten woła kolejnego. Ani się spostrzegłem jestem otoczony przez grupę złożoną z kilku mężczyzn podających sobie z ręki do ręki oba laptopy i usilnie próbujących znaleźć na tej naklejce więcej informacji. Po kilku minutach podchodzi kierownik działu.

– Wreszcie, wybawienie – myślę sobie – Dlaczego od razu nie poszedłem do kierownika działu? 

Moje rozterki rozwiewają się jeszcze szybciej niż się pojawiły. Kierownik też nie wie i z nieco tępą miną oddaje mi oba laptopy do ręki.

Rozumiem, że gdybym pytał się o taktowanie, skład chemiczny plastiku wykorzystany do produkcji obudowy, kieszeń Ultrabay, specyfikację karty sieciowej, gniazdo blokady Kensingtona albo ilośc Chińczyków którzy składali te modele to właściwej odpowiedzi mógłbym się nigdy nie doczekać ale moje pytanie brzmiało: „W którym z tych laptopów bateria wytrzyma dłużej i czy w ogóle jest jakaś różnica między tymi modelami (wskazuję na Della i Samsunga)?

Cóż, najwyraźniej tu nikt pytań nie zadaje. Klient ma po prostu wejść i kupić to co sprzedawca mu wręczy do ręki mówiąc:

-To najlepszy model na sklepie. Będzie Pan zadowolony.

Nie usyskawszy odpowiedzi na swoje pytanie wziąłem tańszy model i zadowolony (mam nowiutkiego laptopa a co za tym idzie dostęp do cywilizacji) ale i podirytowany opuściłem tą świątynię dumania.

W drodze powrotnej z marketu do miasta zaciekawiła mnie jeszcze jedna rzecz. Po lewej stronie, wewnętrzny pas drogi (ten znajdujący się najbliżej barierek oddzielających przeciwległe kierunki jazdy) oznaczony jest ciągłą linią i nazywa się Carpool'em, czyli coś jak nasz BusPas z tym że dla samochodów w których siedzi więcej niż jedna osoba w środku. Wygląda na to, że w USA jeśli jedziesz samochodem z przynajmniej jednym pasażerem to jesteś traktowany jak kierowca autobusu!

Po dłuższej chwili jazdy z Willem, wykorzystując to, że teraz jesteśmy autobusem, omijajamy kilkukilometrowy korek i docieramy do Downtown. Seattle jest niedużym miastem, jakieś 500 tysięcy mieszkańców, jednak wraz z okolicznymi miejscowościami i przedmieściami stanowi prawie 3,5 mln aglomerację. Ze względu na swoją rozłożystość większość ludzi przemieszcza się tu samochodami, taksówkami, bądź rowerami i tylko niewielka część autobusami, a ja z racji, iż nie zawsze mam w kieszeni drobne sporo spaceruję. Poza tym przyjechałem do Stanów by zarabiać pieniądze a nie je wydawać, więc po prostu sie przejdę. Spacer to dobry zwyczaj.

Odnośnie cen i wydatków: najtańszy hot-dog na mieście to jakieś 4$, miska ryżu z kurczakiem to około 7$ za małą porcję, jednak to co najbardziej rzuca się w oczy, a właściwie to błyskawicznie uderza nasze podniebienie i mózg to cukier. Astronomiczne ilości cukru dodawane do każdej niemal potrawy czy produktu. Niejednokrotnie odnosi się wrażenie jakby całe to jedzenie tygodniami leżakowało w panierce z cukru pudru. Do tego mała butelka wody jest droższa od każdego napoju gazowanego, a przypominam, że w każdej zwykłej puszcze coli znajduje się, aż 35 gramów węglowodanów. Nie dziwi więc fakt, że w Stanach Zjednoczonych możemy spotkać całe rzesze ludzi otyłych, a Seattle i tak całkiem nieźle wypada na tle pozostałych stanów. Na południu USA odsetek ludzi otyłych w niektórych miastach przekracza 50 procent! Ale to na południu, tu w Seattle zaskakująco dużo mieszkańców codziennie uprawia jakiś sport, więc otyłych młodych osób nie ma aż tak wiele. Większość posiada naprawdę zgrabną sylwetkę. Widok dziewczyn biegających wzdłuż nabrzeża w obcisłych strojach sprawia, że z każdym kolejnym spacerem coraz bardziej mi się tu podoba, a i spacery stają się coraz dłuższe. Spacer to zdrowie, zwłaszcza jeśli kończy się poranną gimnastyką na plaży z przepięknym widokiem „na miasto”, rzecz jasna. Do tego wszystkiego te szklane drapacze chmur zawieszone nad brzegiem zatoki i ludzie wolnym krokiem zmierzający do pracy. Tu nie czuć pośpiechu, pogoni, wyścigu szczurów ogarniającego centrum światowych metropolii. Ludzie żyją zwykłym, spokojnym, codziennym życiem, bez pośpiechu i wypruwania żył. Nie wiem czy to zasługa tej deszczowej pogody, lekko depresyjnej (w stanie Washington rocznie około tysiąca osób popełnia samobójstwo), szarego nieba i zimnego północno-zachodniego wiatru czy otaczającej miasto dzikiej natury. Życie mija tu powoli. 

Po całym dniu szwendania się po rozmaitych alejkach i zakamarkach miasta grunge’u, jak pieszczotliwie nazywa się czasem Seattle, i nasłuchiwania czy aby z którejś drewnianej knajpki badź niewielkiego pubu do moich uszu nie dociera jeden z utworów tzw. „Wielkiej Czwórki” (Nirvana, Pearl Jam, Alice in Chains oraz Soundgarden) bądź innych dźwięków alternatywnego rocka, wsiadam do wodnej taksówki i udaje się do Alki Beach na należyty odpoczynek. Po drodze, przy samym niemal centrum, natrafiam na kolonię około 20 lwów morskich walczących o miejsce na niewielkim głazie wynurzającym się z dna zatoki. Nieco dalej nad jeziorem Washington spotykam stado dzikich gęsi kanadyjskich, a tuż przed zaśnięciem nad domem Cam i Willa dostrzegam przeletującego nisko nad budynkami wielkiego amerykańskiego orła, rozłorzystymi skrzydłami wolno przecinającego powietrze. To właśnie tu w 3,5 milionowym Seattle po raz pierwszy mam kontakt z amerykańską florą i fauną. Ciekawe co przyniesie niemal bezludny Kodiak i alaskańska kraina jezior, gór i lodowców.

Złoto Trolla czyli gorączka na Alasce

Leave a Comment
Seattle zostało zaatakowane przez Trolla. Ale nie ma obaw, Troll znalazł już sobie kryjówkę i nie zamierza jej opuszczać. Co więcej zakopał się głęboko po szyję w ziemi i nigdzie się już stamtąd nie rusza. Ukrył się we wzgórzu w północnej części miasta, a dokładniej tam gdzie jeden z okolicznych mostów ma swój początek i styka się z gruntem. Z dala od miejskiego zgiełku, hałasu, ludzi i samochodów (tych drugich to zwłaszcza nie lubi!).

W takiej ustronnej, nierzucającej się w oczy kryjówce znajduje się olbrzymia, przypominająca piaskową jednak tak naprawdę metalowa, rzeźba Trolla. Ma ona jedno oko i wielką łapę, którą trzyma, a właściwie to miażdży niewielki samochód (do tego stopnia, iż marki nie byłem w stanie rozpoznać). Troll ten na tyle zadomowił się w dzielnicy, iż nawet ulica nosi jego imię. 

Tu w Larsen Bay też jest jeden Troll, choć trochę różniący się od tego z Seattle. Nazywa się, Troy (zbieg okoliczności?) i jest Amerykaninem. Kto by przypuszczał, że Trolle mogą mieć różne narodowości, a jednak. Otóż ten Larsenowski Troll jest 45-letnim mężczyzną, olbrzymiej postury. Ubrany niemal zawsze w spodnie a'la ogrodniczki, gumowe buty, zresztą jak niemal wszyscy tu pracujący. Wzrost możliwe, że dwa metry. Nie wiem właściwie bo zawsze chodzi w czapce z wizerunkiem łosia na środku. No i ta broda i wąsy. Wygląda jak pierwsi przybysze na Alaskę, zdesperowani poszukiwacze złota. W sumie jakby mu dać kilof... Nie, lepiej nie, w końcu jak powszechnie wiadomo Trolle strzegą złota więc może coś w tym jest. Zazwyczaj wyglądają dość groźnie i odpychająco ale ten alaskański wydaje się miły i niegroźny. Póki co jednak się nie zbliżam, w końcu mam ze sobą złotówki. Nie mam pewności jak się zachowa gdy poczuje złoto. Jeszcze dostanie gorączki.

Tymczasem, jak podaje wszechwiedząca wikipedia, gorączka złota to „napływ dużej liczby osób chcących się szybko wzbogacić na tereny, gdzie odkryto złoża szlachetnych kruszców, szczególnie złota. Terminem tym określa się także pogoń za zyskiem pochodzącym z innych źródeł. Gorączki złota przyczyniały się do zasiedlania nowych terenów Ameryki Północnej i Australii.”

Pierwszą prawdziwą gorączkę złota na Alasce (jej kanadyjskiej części) zaobserwowano w latach 1896-1903 ale już w latach 70-tych XIX wieku wzdłuż rzeki Jukon odkryto niewielkie złoża cennego kruszcu. Nie były one jednak na tyle duże by rozpętać istne szaleństwo poszukiwań, jakie miało miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej w Kalifornii. Co więcej, alaskański interior jest niezwykle trudny do życia. Do dzisiaj zamieszkuje go znikomy odsetek ludzi, a Alaska jest jednym z najsłabiej zaludnionych regionów nie tylko w USA ale i na całym świecie. 

Jesienią 1886 roku na rzece Fortymile odkryto pierwsze większe pokłady złota. Wkrótce powstało tam miasteczko o tej samej nazwie, które do 1896 roku, czyli do momentu wyczerpania okolicznych złóż liczyło około 600 mieszkańców. Wtedy to w środku lata trzech poszukiwaczy: George, Skookum i Tagish ruszyło na północ. 16 sierpnia nad rzeką Rabbit Creek obecnie znaną jako Bonanza Creek znaleźli dosłownie żyłę złota. Nie mówiąc nic nikomu, przez kilka miesięcy pracowali w tym wyjątkowo niekorzystnym klimacie. Przeczesywali koryto rzeki, żmudnie wyłuskując z niego drobne, mieniące się w słońcu ziarenka. 

Istniejące wówczas prawo nakładało na poszukiwaczy obowiązek zarejestrowania swoich posiadłości w przeciągu dwóch miesięcy od ich zajęcia. George Carmack by zalegalizować swoje wydobycie udał się więc z powrotem do Forty Mile. Wieść o nowych złożach szybko rozeszła się po całej okolicy. Górnicy nie zastanawiając się długo ruszyli nad rzekę Klondike, gdzie założyli miasto Dawson, które pełniło funkcję stolicy całej prowincji Jukon do roku 1952. W kwietniu 1897 r. w Dawson zarejestrowało się półtora tysiąca górników, cztery miesiące później było ich już trzy i pół tysiąca. W niespełna dwa lata od założenia miasta liczyło ono już 40 000 mieszkańców. Dziś żyje tam jednak jedynie 1300 osób.[1] 

George, Skookum i Tagish wybierając się w głęboki alaskański interior nie pszypuszczali, że ich podróż będzie miała tak olbrzymi wpływ na losy dziesiątek tysięcy osób. Gdy w lipcu 1897 roku na rzece Jukon stopniał lód, obładowane złotem statki handlowe: „Excelsior” oraz podążający za nim ‘Portland” mogły wreszcie opuścić alaskańskie terytorium. 

Pierwszy ze statków dopłynął do San Francisco, przywożąc na pokładzie złoto o wartości co najmniej pół miliona dolarów (odpowiednik współczesnych ok. 550 mln dolarów). Miasto błyskawicznie ogarnęła prawdziwa euforia. To samo działo się dwa dni później w porcie w Seattle, do którego to zacumował drugi ze statków. Lokalne gazety pisały: „Złoto! Złoto! Złoto! 68 bogaczy na parowcu Portland. Stosy żółtego metalu! Niektórzy mają $5000, wielu o wiele więcej, a niektórzy po $100 000.”. Łączna wartość przywiezionego złota wyniosła 1 mln 139 tys. dolarów, co sprawiało, że ludzie właściwie z dnia na dzień ruszyli na północ. Problem polegał na tym, że tak naprawdę niewiele osób wiedziało gdzie znajduje się Klondike. 

Rozpoczął się wyścig, w którym prawie 100 000 ludzi zadeklarowało chęć dotarcia do złotonośnych terenów. Wbrew pozorom na alaskańskiej gorączce złota skorzystały przed wszystkim miasta na zachodnim brzegu USA. Ze wględu na brak odpowiedniej infrastruktury, wyżywienia czy choćby wystarczająco dużych miast na Alasce w których możnaby się zaopatrzyć w niezbędne do podróży produkty, każdy śmiałek zabrabierał z sobą kilkaset kg sprzętu, ubrań i zapasów jedzenia. Zakupu dokonywali oczywiście w Seattle, San Francisco i innych dużych miastach portowych rozmieszczonych wzdłuż amerykańskiego wybrzeża Pacyfiku. Według różnych szacunków wylicza się, że na sprzedaży produktów niezbędnych do wyprawy na daleką północ mieszkańcy Seattle zarobili kilka milionów ówczesnych dolarów, czyli wartość znacząco przekraczającą ładunek złota przywieziony na pokładzie statku „Portland”. 

Jednym z najważniejszych przedmiotów, bez którego żaden poszukiwacz złota nie opuszczał zachodniego wybrzeża USA były dżinsy. Zaprojektowane przez Leviego Straussa w 1873r. spodnie szybko zdobyły olbrzymią popularność. Niewiele ważące i niezwykle trwałe idealnie nadawały się na długą podróż. Z czasem stały się wręcz produktem kultowym, a spodnie z serii 501 do dziś nie różnią się niczym od tych wykonywanych w warsztacie Leviego. Na sprzedaży spodni stworzonych z myślą o górnikach i poszukiwaczach złota ich twórca zdobył olbrzymi majątek. 

To właśnie przedsiębiorczy Amerykanie okazali się największymi beneficjentami tzw. gorączki złota. Wątek ten trafił zresztą również do amerykańskiej popkultury. Stworzona przez Walta Disneya postać Sknerusa McKwacza swój pierwszy milion dolarów zarobiła właśnie na gorączce złota nad Klondike.

Słynna na całym świecie „gorączka” zakończyła się w 1903 r. czyli wówczas gdy wyczerpano główne zasoby złota. Okoliczni poszukiwacze zmienili miejsce swoich poszukiwań przenosząc się między innymi do założonego 26 kwietnia 1901 r. przez E.T. Barnette’a - Fairbanks. 

Położenie Fairbanks jest nieprzypadkowe. To właśnie tu Barnette, handlarz, przedsiębiorca, bankier i jednocześnie kapitan łodzi rzecznych w trakcie swojej podróży na północ rzeką Chena utknął na mieliźnie. Zmuszony do wyładowania towarów na brzeg rozbił obóz. Jak się później okazało miejsce to stało się zaczątkiem nowego miasta i do dzisiaj stanowi jego centrum.

Początkowy rozwój wypadków wydawał się iść nie po myśli Barnette’a. W okolicy nie było złota, miasto znajdowało się na pustkowiu, a liczba klientów w założonym przez niego sklepie była znikoma. Barnette postanowił jednak uzbroić się w cierpliwość i czekać. Wierzył, że gorączka złota dotrze także tutaj. 

22 lipca 1902r. Felix Pedro, włoski imigrant, skuszony wizją olbrzymiego złota czekającego w alaskańskiej głuszy przeczesywał wzgórza Tanana, znajdujące się na północny-wschód od Fairbanks. W jednym ze strumieni, nazwanym dziś od jego imienia Pedro Creek, znalazł sporą bryłkę złota, którą wkrótce dostarczył do sąsiedniego punktu handlowego. Wieść o znalezisku błyskawicznie rozprzestrzeniła się na całą Alaskę. W przeciągu kilku miesięcy liczba poszukiwaczy złota w osadzie osiągnęła ku zadowoleniu Barnette’a liczbę ponad 1000 osób. Mimo, że początkowo złoża złota okazały się niewielkie doprawadzając zdesperowanych ludzi na skraj wytrzymałości, już w 1904 roku wydobycie w okolicy wyniosło równowartość ówczesnych 600 tysięcy dolarów. W 1910 roku było to już 30 mln dolarów, a Fairbanks stało się na chwilę największym miastem Alaski. 

Oprócz licznych salonów, w których świeżo upieczeni bogacze roztrwaniali swój majątek na grze w karty i czerpaniu przyjemności z usług prostytutek, w mieście inwestowano w rozwój infrastruktury i oświaty. W lokalnej szkole uczyło się wówczas ponad 100 uczniów, niedawno wybudowane domy połączyła wewnętrzna linia telefonicza, a na ulicach pojawiły się pierwsze samochody. Wkrótce też dzięki wsparciu rządu federalnego ukończono budowę linii kolejowej łączącej Fairbanks z Anchorage i Seward. Uruchomienie połączenia kolejowego było tak ważnym wydarzeniem, iż Warren G. Harding, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych udał się w dwumiesięczną podróż nad „ostatnią granicę”, by zobaczyć końcowe efekty pracy. Na nieszczęście dla Hardinga, podczas podróży powrotnej do Waszyngtonu na świeżo ukończonej trasie zaserwowano nie do końca świeżą zupę krabową. Prezydent doznał poważnego zatrucia pokarmowego i zmarł kilkanaście dni później. 

Nieświeże kraby nie były jednak w stanie zatrzymać rozwoju miasta. W trakcie gorączki złota do Fairbanks ściągali ludzie z całego kraju. W pierwszych latach istnienia miasta poszukiwaczy było tak dużo, że z trudem można było znaleźć miejsce na rozbicie nowego namiotu, a opuszczenie swojego lokum groziło jego błyskawicznym zajęciem przez chyhających na taką okazję przybywających masowo nowych imigrantów. Każdy wyposażony w broń i owładnięty wizją szybkiego wzbogacenia się. 

W owym czasie to właśnie Fairbanks bardziej przypominało prawdziwy „Dziki Zachód” niż jakiekolwiek miasto w Teksasie. O dzikości tego miejsca mogły świadczyć również wilki, kojoty i łosie podchodzące zimą do domostw w poszukiwaniu pożywienia. Co więcej, część z mieszkańców postanowiła je udomowić. 

Pewien barman zaopiekował się młodym, osieroconym łosiem i pozwolił mu zamieszkać w salonie. Łoś ten na tyle czuł się swobodnie, że widywano go samotnie spacerującego po ulicach. Niestety, gdy osiągnął, nazwijmy to „pełnoletność”, ze względu na swoje rozmiary (dorosły łoś może mieć ponad dwa metry wzrostu i ważyć ponad 600kg) zaczął powodować liczne szkody wywołując tym samym oburzenie wśród mieszkańców. Postanowiono więc ukrócić tą samowolę i wprowadzono prawo (jedyne tego typu na świecie) zakazujące łosiom spaceru po chodnikach![2]

W internecie moża przeczytać o jeszcze kilku innych dość abstrakcyjnych prawach ustanowionych na Alasce. Między innymi za wykroczenie uznaje się pojenie łosi alkoholem czy też wypchnięcie żywego łosia przez drzwi lecącego samolotu. W sumie jakby się nad tym zastanowić to rzeczywiście pijane łosie wyrzucane z samolotów mogłyby stanowić spore zagrożenie zwłaszcza dla niedźwiedzi, których przecież na Alasce jest podobno więcej niż ludzi. 

Tymczasem wracam do pracy. Stojący obok mnie w czapce z łosiem na przodzie, Troy zaczyna mi się w dziwny sposób przyglądać. Swoją drogą, ciekawe dlaczego trafił do Larsen Bay?



[1]http://historia.org.pl/2011/04/12/goraczki-zlota-na-alasce-klondike-1896-1900/
[2]P.Kraśko, Alaska, Świat według Reportera, wyd. G+J RBA Sp.z o.o. & Co., Warszawa 2011

Gwizdek przerwany ciszą

Leave a Comment
Godzina 22:00 czasu lokalnego. Strzały znikają, wyrzutnie rakiet milkną, ulice pustoszeją. Nad niebem nie widać pocisków. Nic nie burzy jednolitego szarego tła rozpościerającego się nad równie szarym betonowym podłożem ulic i bloków. Całość spowita popielatym całunem zamiera na moment.

Nie słychać wybuchów. Są pojedyncze krzyki. Z początku ciche, jednostkowe, nieśmiałe. Badające otoczenie. Krzyki nielamentu i nierozpaczy. Krzyki a raczej okrzyki - pełne emocji, jakże odmiennych od niedawnej ale już codziennej rzeczywistości. Szybko zadomowionej, niepożądanej, znienawidzonej.

Nie czuć zapachu trotylu. Ludzie zbierają się w domach. Siadają na starych, nieco zakurzonych dywanach bądź przy świeżo nakrytych drewnianych stołach. Do nozdrzy dociera przyjemna lecz słabo wyczuwalna woń kardamonu, lekko drażniącego śluzówkę ciekawskich dzieci. Na talerzach pojawia się Makluba, której towarzyszy niemal przejrzyście kremowy hummus i świeżo upieczona pita z lekko przypalonymi brzegami. Po drugiej stronie czuć smażonego falafela w towarzystwie pasty z dorodnych bakłażanów, zwanej babaganusz.

Jest 13 lipca 2014 roku. Przez następne dwie godziny nad całą Strefą Gazy, Zachodnim Brzegiem i Izraelem zapada cisza. Zapanował od dawna nie widziany tu pokój. Chwilowy. 120 minutowy.
Słychać gwizdek! Setki gwizdków. Daleko. Bardzo daleko. Tu blisko słychać puste ulice. Hałas cichych ulic. Wciąż cichych. Jeszcze.

Pokoje wypełniają się ludźmi, światło rozświetla pomieszczenia. Setki, tysiące, dziesiątki, setki tysięcy pomieszczeń lub tego co z nich zostało. Dwie strony, dwie połowy, dwa narody, jedno miejsce, jeden czas, jeden ekran. Dwa odmienne spojrzenia na chwilę staja się tożsame, niemal identyczne. Wpatrzone w biegające po boisku postacie. Gdzieniegdzie w wąskich uliczkach widać cienie ludzi pochylonych nad starym, wciąż jeszcze działającym radiem. Trzaski odbiornika odbijają się od pustych ścian, a na okoliczną pustynię docierają odgłosy brazylijskiej ulicy. Po chwili to cisza przechodzi do kontraataku. Wypełniła gwarne jeszcze do niedawna bazary i zawiesza się nad nimi. Kłębi, kołtuni, gęstnieje. Hałas wypełnia ciszę, a cisza wypełnia hałas. Na zmianę, na chwilę, na przekór, na odwrót. Wojna żywiołów, wojna dźwięków, wojna cieni. Spalona, spalone, spalony. Gwizdek! Toczy się gra. Ulotna i przyziemna, telewizyjna i rzeczywista.

Jest święto, wydarzenie, które sprawia, że wojna zatrzymuje się na chwilę. Na 100-tysięcznej Maracanie sędzia rozpoczyna ostatni mecz Mistrzostw Świata w Brazylii. 120 minut (s)pokoju, odmierzanego uderzeniami piłki o stopy niemieckich i argentyńskich piłkarzy.

Końcowy gwizdek. Piłkarze schodzą do szatni, ludzie biegną do schronów. Na niebie pojawiła się smuga poziomego światła. Skończyła się gra. Nowa się rozpoczyna.









Tup tup tup czyli Work & Travel w USA

1 comment

Tup… tup… tup… – Właśnie taki niewinny dźwięk może czasem sprawić, iż marzenia naszego życia spełniają się. Nie jest to odgłos pukania do drzwi, ani spadających kropli deszczu, nie jest to głos egzotycznego ptaka ani tym bardziej znalezionego gdzieś w drewnianej szopie, zakurzonego motocykla, którego silnik właśnie odpalił.

Tup… tup… tup…, Tup… tup… tup… - to są nasze kroki, które właśnie stawiamy. Te kilka kroków może sprawić, iż całe Wasze dotychczasowe życie całkowicie się odmieni.

Spacerując pewnego dnia po ulicy Szpitalnej w Krakowie, gdzieś w połowie drogi między Małym Rynkiem, a Teatrem Słowackiego spotkałem swojego znajomego sprzed lat. Jak to ma miejsce w przypadku takich spotkań, w krótkim czasie chce się poruszyć tematy ze wszystkich minionych lat. Nie wiem jak to się stało, że nasza rozmowa zeszła na temat Stanów Zjednoczonych ale efekt był taki, iż tydzień później już wypełniałem wszystkie dokumenty niezbędne na wyjazd z cyklu Work and Travel.

Decyzje o tego typu wyjazdach nigdy nie są łatwe. Od roku mieszkałem już wówczas w Warszawie gdzie udało mi się zdobyć dwie prace. Jedna w tygodniu, druga weekendami. Do tego studia... A tu wyjazd! W sumie nie wiadomo po co, nie wiadomo dokładnie gdzie i czy będzie warto. W końcu to nie pobliskie Bieszczady, skaliste Alpy czy megalityczny Londyn ale… Alaska! Piękna, dzika, niezbadana, wciąż nie odkryta kraina niedźwiedzi, śnieżnych szczytów, bezkresnych pustkowi i miejsc, które ktoś niczym za pociągnięciem zaczarowanego pędzla namalował na końcu świata.

Dlaczego akurat tam? Przecież są setki innych miejsc na świecie?

Cóż, jeśli kojarzycie ten oto cytat Alexandra Supertrampa: Jedynym, co daje morze, są porywiste podmuchy wiatru. I czasami szansa na poczucie się silnym. Nie wiem za dużo o morzu, ale wiem, że tak to już z nim jest. I wiem też, jak ważne jest w życiu niekoniecznie żeby być silnym, ale żeby czuć się silnym, zmierzyć się z samym sobą choć raz, choć raz znaleźć się w pierwotnym położeniu człowieka, całkowicie oślepiony i głuchy, bez niczego, co może ci pomóc, mając tylko ręce i własną głowę, jeśli czujecie, że gdzieś tam czeka na Was przygoda życia i jest to ostatni moment by spróbować, wówczas nie muszę odpowiadać na to pytanie.

Stany Zjednoczone oczywiście nie muszą zaczynać ani kończyć się na Alasce. Jest 49 innych stanów, 1 okręg stołeczny, 3048 hrabstw, około 260 miast powyżej 100 tys. mieszkańców i tysiące innych miast i miejsc, które warto zobaczyć. Nowy Jork, który nigdy nie zasypia, Las Vegas, które wciąż się bawi, Hollywood, które błyszczy, Niagara, której się przelewa czy Yellowstone, które wybucha. Jest też i moje Larsen Bay, gdzieś schowane pomiędzy zboczami gór i zatokami na odległym i zapomnianym nieco Kodiaku, gdzie jak mawiają, niedźwiedzi jest więcej niż ludzi.

Ze Stanami jest jak z masłem orzechowym. Dla niektórych słodkie, dla innych gorzkie ale póki nie spróbujemy to nie wiemy jak smakuje.

Formalności jest sporo, koszty również nie małe. Całkowita opłata za program oscyluję w granicach 1000$, do tego jeszcze wiza i oczywiście bilet lotniczy w zależności od miejsca gdzie planujecie się udać. Ja skorzystałem z oferty najpopularniejszego wówczas biura WhyNotUSA, ale są jeszcze CampAmerica, Foster, IECenter, The Best Way i wiele, wiele innych. Warto przeglądnąć dostępne oferty i wybrać tą która najbardziej nam odpowiada.

Ofert jest naprawdę sporo. Można pracować w restauracjach, parkach narodowych, kasynach, hotelach, barach nawet na kolei. Ja wybrałem ofertę dość nietypową. Generalnie cała sprawa jest dość śliska i śmierdzi wręcz na kilometr. Ale czego można się spodziewać po przetwórni ryb?

Praca bardzo ciężka. Niekiedy po 18 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu. Niektórym rano cieknie krew z nosa. Wybór jest następujący: Sen albo pieniądze. Większość wybiera pieniądze i efekty są. Rzeczywiście w tydzień można zarobić niemal 1000$, choć należy to do rzadkości. Wszystko zależy od ryb. Nie ma ryb, nie ma pracy i wrócić można z niczym. Ryzyko spore ale w moim przypadku jak najbardziej się opłaciło. Trud nieprzespanych nocy wynagrodziły mi podróże. Po zakończeniu pracy udałem się na wyprawę życia. Widziałem tętniące życiem gigantyczne miasta, wymarłe pustynie i przysypane śniegiem górskie szczyty, potężne kaniony i wodospady, dzikie dżungle Ameryki Środkowej, podziemne jaskinie, skąpane w słońcu rajskie plaże czy rwące górskie rzeki. Próbowałem raftingu, snorklingu, canopy tour, nurkowania w jaskiniach, spania w dżungli, a nawet prowadziłem lekcje języka polskiego w Gwatemali dla lokalnych dzieci.

Dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i usilnym dążeniu do celu mogłem zrealizować swoje marzenia Jeśli tego chcecie to może być Wasz wyjazd życia, którego nigdy nie zapomnicie. J.W.Goethe kiedyś powiedział: "Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię".











Artykuł opublikowany w 2013r. na www.zostanstudentem.pl a mimo to wciąż aktualny.



Romantyk współczesności

1 comment
Uciekam
wmawiając sobie, że zwiedzam świat,
wracam do wspomnień
mówiąc, że wyciągnę z nich jakieś wnioski,
poznaję nowych ludzi
myśląc, że dzięki nim zapomnę choć na chwilę o Niej,
uśmiecham się
udając, że zastąpię w ten sposób smutek, który wypełnia moje serce
tęsknię
marząc, że kiedyś powróci w moje ramiona,
zasypiam
łudząc się, że rano będzie obok mnie,
budzę się
przeklinając kolejną noc, w której znów mi się śniła,
robię śniadanie
w nadziei, że zjemy je we dwoje,
jestem jak wiatr, który przemierza świat bez celu.
Bezdomny w sercu,
Miliarder w myślach, których nigdy nie chciałem mieć.
Nazywam się Romantykiem Współczesności,
Ale kim naprawdę jestem....



Nowy Jork

Leave a Comment
Nie ogarniam Nowego Jorku. Mój aparat nie ogarnia Nowego Jorku, ani mój umysł ani moje zmysły. Tych wszystkich zapachów, kolorów, świateł, ludzi zabłąkanych w bezkresie bloków i ulic. To niekończąca się rwąca rzeka. Nurt który porywa i zdaje się nie chce wypluć. Człowiek raz wciągnięty nigdy nie jest już taki sam. Wychodzi zmemłany, przeobrażony, rozdarty i zniekształcony. Czy na lepsze? Tego nie wiem. Nie ogarniam Nowego Jorku.