• Pepe 1
  • Pepe 2
  • Pepe 4
  • Pepe 5

Camino - Ostatnia droga

1 comment
W roku 1987, Iosif Brodski otrzymał literacką nagrodę Nobla, Marlee Matlin Oskara za rolę w Dzieciach gorszego boga, na świecie urodził się 5 miliardowy człowiek, a w północnej Hiszpanii niemal 3000 osób przemierzyło szlak św. Jakuba czyli tzw. Camino de Santiago.

Mineło 30 lat. Iosif Brodski nie żyje już od kilkunastu lat, o Marlee Matlin niemal już nikt nie pamięta, na świecie żyje ponad 7 miliardów ludzi, a na Camino wedle rozmaitych prognoz pojawi się rekordowa liczba pielgrzymów. W zeszłym roku było ich już 277 915, tym samym Camino stało się jednym z najpopularniejszych szlaków pielgrzymkowych ale i długodystansowych na świecie. Jego historia sięga ponad 1000 lat i jest jednym z trzech szlaków, których przejście ma nam zapewnić oczyszczenie z grzechów.



Nie jest to jednak wpis o historii szlaku, ani o tym jak się do niego przygotować, co wziąć z sobą na taką podróż, ile to może zająć czasu, ile to będzie nas kosztować, czy iść samotnie czy z kimś? O tym pisał m.in. Łukasz Supergan na swoim blogu więc jeśli ktoś szuka odpowiedzi na te pytania to odsyłam po prostu tam. Naprawdę dobra lektura! (http://www.lukaszsupergan.com/jak-przejsc-z-polski-do-santiago-de-compostela-podsumowanie)

Łukasz przemierzył Camino w 2013 roku, tymczasem 15 czerwca 2017r. również moje stopy pojawią się na tym szlaku i tym samym stanę się jednym z 300 000 pielgrzymów idących do Santiago de Composteli. Pielgrzymów. Wędrowców. Zabłąkanych. Poszukujących - tylko czego? Dlaczego tyle osób co roku decyduje się na pokonanie tej trasy? Co sprawia, że drogi tysięcy nieznajomych, obcych sobie ludzi krzyżują się na tej samej drodze? Dlaczego właśnie na tej? Czy to marketing? Media? Kościół? Może ktoś przeczytał "Pielgrzyma" Paulo Coehlo albo zobaczył jeden z filmów drogi i postanowił wyruszyć? Albo to te historie opowiadane przez osoby, którym udało się pokonać jedną z dróg prowadzących do Santiago? A dróg jest bez liku. W samej tylko Hiszpanii znajdziemy kilkanaście.
Żródło: https://www.csj.org.uk/planning-your-pilgrimage/routes-to-santiago

Camino to typowo hiszpański szlak, jednak część ludzi zaczyna swoją podróż dużo dalej: w Szwajcarii, Niemczech, Włoszech czy Polsce i mimo, że dróg jest wiele to aż 64%! idących wybiera tzw. Camino Frances, czyli drogę francuską zaczynającą się w niewielkiej francuskiej miejscowości. Ruszając z Saint-Jean-Pied-de-Port mamy do pokonania 780km hiszpańskich bezdroży, z Polski mniej więcej 4000km. Moje 2000km to symboliczna połowa tego dystansu. Dlaczego właśnie tyle? Cóż, mówią w końcu, że prawda leży gdzieś po środku, a kilometry nie mają znaczenia. W tym wypadku mają ale o tym na samym końcu tego wpisu.

Trasa


Startuję w Lourdes we Francji, by następnie udając się na zachód do San Sebastian rozpocząć szlak od tzw. drogi północnej - zdecydowanie mniej uczęszczanej, mniej znanej, trudniejszej, o dłuższych dziennych pieszych odcinkach niż Camino Frances.


Większość osób po dotarciu do Santiago de Composteli kończy swoją wędrówkę. Dla mnie będzie to dopiero połowa trasy. Z Santiago tym razem już drogą francuską będę zmierzał do Bordeaux, idąc pod prąd niczym ryba płynąca na tarło (swoją drogą trasa którą pokonam kształtem przypominać będzie właśnie rybę) lub też jeśli wolicie idę na wprost pielgrzymom. Chcę ich spotykać, chcę z nimi rozmawiać, chcę ich nieco poznać, zrozumieć. Jaki mają cel? Dlaczego idą? Dlaczego sami? Czego się chcą dowiedzieć? Co ich skłoniło do tej wędrówki? Mam nadzieję, że wychodząc im naprzeciw poznam więcej historii niż gdybym szedł wraz z tłumem. Co więcej, nie chcę za nikim iść, nikogo gonić ani przed nikim uciekać, chcę widzieć nieznajomego wędrowca już z daleka i z uśmiechem na ustach witać go na tej niezwykłej drodze.


Camino



Moje Camino zaczyna się w Lourdes, mieście przez wielu uznawanym za święte. Niektórzy wierzą, że jest to miasto cudów i może właśnie taki cud jest mi potrzebny by ukończyć całą swoją podróż i może właśnie dlatego wyruszam stamtąd, a może dlatego, że bilet z Krakowa do Lourdes kosztował mnie tylko 120zł? Pewnie jedno i drugie. Może tak po prostu miało być? Może to wszystko nie jest przypadkowe? Wyruszam na pielgrzymkę z miejsca do którego przybywają pielgrzymi.


Nie jestem osobą religijną, nie chodzę do kościoła i nie wiem w sumie czy wierzę w Bogą czy nie, nigdy nie byłem na żadnej pielgrzymce, nigdy też nie przeszedłem żadego szlaku długodystansowego więc nie mam żadnego doświadczenia w długich wędrówkach, nie mam specjalistycznego sprzętu ani żadnych wyszukanych gadżetów, nie czytałem o szlaku więc nie wiem jeszcze dokładnie którędy będę podążał, nie mam nawet urlopu! Ruszam po prostu na szlak i zamierzam pracować w trakcie podróży. Zdalnie, z laptopa. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, jak pogodzę długą, codzienną, wyczerpującą wędrówkę, zmęczenie, upał, ból, samotność i pracę. Czas pokaże, a czasu będę miał dużo. Nie planuję sobie narzucać konkretnej daty powrotu, nie zamierzam się spieszyć. Zbyt często spieszymy się w naszym codziennym życiu zapominając o tym co ważne. Zapominamy o drugim człowieku.

Intencja

Dla wielu osób Camino jest długą i trudną drogą. Często ruszają nieprzygotowani, nie do końca znają trasę albo cel. Po prostu przemierzają szlak o którym kiedyś usłyszeli. Nie wiedzą jeszcze o bólu który ich czeka, o zmęczeniu, o chwilach zwątpienia, o samotności.

Camino to niełatwa droga, pełna wyrzeczeń i przemyśleń. Istnieje jednak droga o wiele trudniejsza, droga której zupełnie się nie spodziewamy, droga, którą każdy z nas musi przejść. Najtrudniejsza i zarazem ostatnia.

To właśnie tą najtrudniejszą z dróg, ostatnią w naszym życiu, niektórzy przebywają samotnie. W chorobie, bólu, cierpieniu, strachu, zapomnieniu, izolacji. To właśnie dla nich idę. O nich będę myślał podczas tej wędrówki. O osobach w Hospicjum św. Łazarza w Krakowie. W ich intencji będę stawiał kolejne kroki na trasie, przemierzał kolejne kilometry, a każdy kilometr który uda mi się pokonać zamienię na złotówkę, którą wpłacę na konto Hospicjum.

W 2015r, udając się w Podróż do źródeł rzeki której nie ma prosiłem o wsparcie ludzi, często zupełnie mi nieznajomych i dzięki ich bezinteresownej pomocy udało mi się zrealizować mój projekt i dotrzeć do źródeł rzeki. Teraz przyszła pora by spłacić ten dług i pomóc innym. Tym, którzy tego naprawdę potrzebują. Czuję, że to jest ten moment i ta droga i mam nadzieję, że niektórzy z Was dołączą do tej intencji i do każdego mojego kilometra dorzucą swój i swoje kilka złotych. Droga, którą zamierzam przejść jest niczym w porównaniu do drogi, którą pacjenci hospicjum pokonują każdego dnia. Więc jeśli uważasz, że ta podróż ma sens, ma znaczenie proszę wesprzyj ją. 

Podczas wędrówki nie prowadzę zbiórki pieniędzy w żaden inny sposób niż za pośrednictwem mediów społecznościowych. Stąd prośba, udostępnij ten post u siebie na facebooku, blogu, twitterze, powiedz znajomym ale przede wszystkim wesprzyj Hospicjum drobną wpłatą i pomóż tym którzy tego naprawdę potrzebują.


Środki można wpłacać na konto Hospicjum z dopiskiem: "Camino"

Hospicjum im. św. Łazarza 
Bank BPH S.A. II O/Kraków
36 1060 0076 0000 3200 0133 4486
kod BIC (SWIFT) Banku BPH S.A. BPHKPLPK

PONIŻEJ LINK DO HOSPICJUM W KRAKOWIE:

Pamiętajcie. Camino znaczy droga, a droga to życie.

Kierunek: Wschód

Leave a Comment
Pociągi, pociągi, ruskie pociągi. Kręgosłup i zarazem układ krwionośny całego imperium. To właśnie kolej stworzyła Rosję. Niczym nić połączyła z sobą niepasujące mogłoby się wydawać do siebie punkty, tworząc nowy unikalny wzór. Porozrzucane pośród surowej tundry, nieprzebranej tajgi, czy szerokich stepów wioski połączono w jeden twór, jeden olbrzymi organizm. Kolej skróciła dystans, przestrzeń stała się wreszcie policzalna, możliwa do zidentyfikowania, namacalna. Horyzont zyskał swój kres a stała się nim kolejna żeleznickaja stacija. Iwanowo, Władimir, Rybińsk albo po prostu kilometr 157. 



Buriaci i Jenkowie, Tatarzy i Jakuci wszyscy trafili do tego samego naczynia połączonego, stali się najpierw poddanymi cara, później przemianowano ich na tzw. Człowieka radzieckiego - bezosobową postać, bez twarzy. Teraz tworzą współczesną Rosję. Jej granice, jej różnorodność, jej nieskończoność, jej niezmienność. Wsiadają w pociąg i ruszają przed siebie, handlują, pracują, odwiedzają rodziny i krewnych. Raczej nie zwiedzają. Przeciętny Rosjanin w swoim życiu był w czterech może pięciu większych rosyjskich miastach. Spora część nigdy nie opuściła swojego matecznika, swojej prowincji a czasem i miasta czy wioski. Pytam czemu? Nie znają odpowiedzi. Bardziej ciekawi ich zachód i tamtejsze miasta. Londyn, Paryż, Rzym czy Berlin. Po co mieliby jechać do zindustrializowanego Czelabińska czy do skażonej historią Workuty? Albo na Kołymę? No właśnie na Kołymę. Przecież tam nic nie ma poza złotem i zabójczym, bezlitosnym klimatem. Na Kołymę trafia mniej turystów niż na Biegun Północny czy Południowy. To po co tam jechać? Tam, nawet kolej nie dochodzi. No właśnie kolej. 

Nie da się zrozumieć Rosji bez choćby jednej podróży rosyjską koleją. Bez nocy na górnym łóżku plackarty, bez Wagonowej przynoszącej czystą pościel i sprzedającej gorącą herbatę, bez półgodzinnych postojów na stacjach i babuszek z kracianymi torbami sprzedających obiad w skrzypiącym styropianie, bez gry w karty i picia wódki, bez zapachu kiełbasy i ogórków, bez monotonnie niezwykłego i nieco przerażającego widoku niekończących się lasów, tundry, stepów czy mokradeł za oknem. Bez Sankt Petersburga i Moskwy, bez rosyjskich pięknych kobiet i opuszczonych biednych zabitych dechami wiosek. Bez miliarderów i kawioru i bez czarnej tablicy na stacji kolejowej wskazującej najbliższy odjazd w kierunku: Wschód.

Nie było nocnego pociągu więc wsiadłem w pierwszy poranny. Stara, klasyczna plackarta. Kierunek Samara ale wysiadam po drodze w Niżnym Novgorodzie. Piętrowe łóżka rozłożone, część osób wciąż śpi. Za oknem wciąż ten sam krajobraz. Lasy brzozowe, mokradła, co kilkanaście kilometrów jakaś osada złożona z biednych, zaniedbanych drewnianych domostw. Co kilkadziesiąt kilometrów jakieś miasto. I tak przez następne kilka, kilkanaście godzin. Nie mogę zejść na dół. Nie miałbym gdzie usiąść. Sąsiad śpi pode mną, na łóżku obok siedzi trójka pasażerów, a resztę zagracają jakieś bagaże. Więc siedzę i patrzę się. To w przejście, to w okno. Nie wiem co ciekawsze. Jeden i drugi widok nie zmienia się od godzin. Stała, niezmienna nuda. Nikt nie pije wódki, nie ma kur ani kóz jak na Haiti, nie ma muzyki poza dziwnym sapaniem dobiegającym zza ściany. Nie ma nawet pająka, który plecąc pajęczynę dostarczył by mi jakiejś rozrywki, jakiegoś zajęcia. Zapowiada się prawdziwie leniwa niedziela. Poziom ekspert w nic nie robieniu. Gdyby nie to sapanie można by pomyśleć, że medytuję a tymczasem po prostu zwiedzam Rosję nie ruszając się nawet o krok. 

Zastanawiałem się dlaczego tak wiele osób marzy o podróży koleją transsyberyjską? Przez kilkanaście dni nie opuszcza się pociągu, za oknem wciąż ten sam monotonnie pusty krajobraz. Otchłań sięgająca po horyzont. Co nas tam ciągnie? Czy to chęć dotarcia na rubieże wielkiego imperium, na granice ludzkiego świata, podróż za nieznanym, a może jakaś nostalgia i pamięć o Sybirakach wywożonych na wschód. A może chodzi właśnie o ten wschód, o tą mityczność, niepojętość, o krainę naszych przodków. O miejsce skąd pochodzą Słowianie i miejsce gdzie wschodzi słońce. Może podróż na wschód jest podróżą do naszych korzeni, do natury, do nieznanego, próbą poznania siebie i próba zrozumienia tego co nas otacza. A może chodzi po prostu o bycie w drodze, bo czy jest jakaś dłuższa droga, dłuższa podróż od podróży na wschód?

Camino - Życie w drodze czyli jak dotrzeć tam gdzie zmierzamy

3 comments
Marzycie o tym by pracować i podróżować jednocześnie? By wiecznie być w drodze? By każdego dnia budzić się z uśmiechem na ustach bo jesteście właśnie tam gdzie chcielibyście być? 

Ten wpis będzie właśnie o tym. Po części. Tej mniejszej części. 



Będzie to wpis o podróżach - zdecydowanie! O życiu w drodze - jak najbardziej! O kształtowaniu tej drogi - o tym przede wszystkim! Nie będzie tu punktów co zrobić by spełnić marzenia. Nie będzie 5 złotych rad na znalezienie szczęścia, ani 10 sposobów na tanie, luksusowe, wygodne podróżowanie albo 6 wskazówek jak godzić pracę z podróżowniem. Będzie to zwykła historia o tym jak dotrzeć tam gdzie zawsze myśleliśmy, że chcemy dotrzeć. Historia o realizacji swoich marzeń i o tym co potem, co gdy uda nam się te marzenia zrealizować. Ale zanim tam dojdziemy, pozwólcie, że opowiem Wam historię z mojego dzieciństwa, którą często przytacza moja mama. 

Podróżujący przedszkolak

Gdy byłem dzieciakiem - miałem może 3-4 lata - mieszkaliśmy z rodzicami w Krakowie w akademiku dawnej Akademii Ekonomicznej w okolicach Alei 29 Listopada. Z samego rana piechotą wyruszaliśmy w stronę najbliższego przystanku autobusowego, skąd następnie już autobusem, po kilkudziesięciu minutach, docieraliśmy do mojego przedszkola. Niewiele pamiętam z tamtego okresu poza tym, że chodząc po betonowych płytach chodnikowych starałem się nie nadeptywać na linie oddzielające płytki od siebie oraz na masę dżdżownic wychodzącą spod płytek w czasie deszczu. Pamiętam też, że na przystanku zawsze była masa ludzi, głównie studentów. 

Pewnego dnia, ludzi chcących wsiąść do autobusu było tak dużo, że ciężko było się dostać do środka. Moja mama postanowiła jednak spróbować i jak tylko weszła do środka, drzwi autobusu zatrzasnęły się, zostawiając mnie samego na przystanku. Autobus ruszył przed siebie, pomimo krzyków mojej mamy dobiegających zza szyby. Po chwili kierowca zatrzymał się jednak, wypuszczając moją zestresowaną i wrzeszczącą w niebogłosy mamę na zewnątrz. Co sił w nogach pobiegła na przystanek, w nadziei, że wciąż tam jestem. Byłem. Stałem przyglądając się dżdżownicom na chodniku, a może młodym studentkom zmierzającym na uczelnie. Z dzisiejszej perspektywy to drugie wydaje się ciekawsze ale wtedy? 

Jakiś czas później, na tym samym przystanku, znów było mrówie ludzi. Moja mama nauczona już doświadczeniem, gdy tylko autobus otworzył drzwi wsadziła mnie tym razem pierwszego do środka. Jak tylko dotknąłem stopami stopni, drzwi starego Ikarusa nagle się zatrzasnęły zostawiając kompletnie zaskoczoną mamę na przystanku. Autobus ruszył przed siebie. Oczywiście mama ruszyła w pościg jednak kierowca autobusu nie zważał na jej wołania. Na szczęście studenci wysadzili mnie na najbliższym przystanku. Opowiadam tę hostorię, bo jeśli podróże to styl bycia – to zacząłem dość wcześnie. 

Sztuka wyboru

Lata mijały. Szkoła, gimnazjum, liceum. Najwyższa pora na kolejną samodzielną podróż - pomyślałem - ale do tego potrzebne są przecież pieniądze. Pojawiła się okazja. Praca w Hiszpanii przy zbiorach owoców, głównie jabłek. Miałem wówczas 19 lat i zbliżały się wakacje, a tu pierwsza w życiu płatna praca i to od razu za granicą. Idealnie można by pomysleć, gdyby nie fakt, że na takich zbiorach pracuje się kilka-kilkanaście godzin dziennie w palącym słońcu wdychając kurz i pestycydy, śpi się na twardych piętrowych łóżkach, wstaje o 6 rano, cały dzień zrywa owoce, nosi kilkudziesięcio kilogramowe kosze oraz co drugi dzień na obiad je się ryż z jabłkami by zaoszczędzić nieco pieniędzy. Wszystkiemu towarzyszy jeden cel. Zarobić nieco pieniędzy i ruszyć w świat. 

Zacząłem od Katalonii i Francji ale to był ten pierwszy ważny krok do dalszych podróży. Później przyszedł Erasmus i podróże po Europie razem z ówczesną dziewczyną. Widywaliśmy się mniej więcej raz na miesiąc w miastach leżących gdzieś pomiędzy Walencją a Krakowem. Dużo kombinowania, dużo oszczędzania, pierwsza przygoda z couchsurfingiem i tanimi liniami lotniczymi ale udało się. Kilkanaście europejskich miast za mniej niż 100EUR (mówię o kosztach przelotów i noclegów). 

Po powrocie do Polski przeprowadziliśmy się do Warszawy. Nowe otoczenie, nowi znajomi, nowe studia, pierwsza stała praca. Jedna w tygodniu, druga weekendami. Nie myślałem wówczas o podróżach ani o byciu w drodze. Niewiele brakowało, a ustatkowałbym się i z całą pewnością nigdy bym nie napisał tego tekstu. Byłbym obecnie zupełnie innym człowiekiem. Czy szczęśliwszym - tego nie wiem ale na pewno byłbym w zupełnie innym miejscu niż jestem teraz. Jednego jestem pewien, życie to sztuka wyboru i w owym czasie musiałem podjąć pewien wybór. Nie sam. Razem z ówczesną dziewczyną zdecydowaliśmy się na rozstanie po kilku latach bycia razem.

Po rozstaniu nie mogłem się odnaleźć. Nie wiedziałem co z sobą zrobić. Wszystko wkoło przypominało mi o tej drugiej osobie. Postanowiłem uciec. Najdalej jak się da. Na Alaskę. Pojechać i zapomnieć. Skupić się na ciężkiej pracy. Odpocząć od tego warszawskiego świata, tych codziennych wyimaginowanych problemów. Chciałem coś zmienić bo nie radziłem sobie. Pomyślałem, że podróż może być rozwiązaniem. Przecież wciąż, niemal na każdym kroku słyszymy: "Podróże kształcą", "Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę", "Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj", "Podróżować to żyć" - a ja właśnie chciałem żyć. Chciałem nowego życia, przemiany. Potrzebowałem uwolnić się od przeszłości i zacząć żyć teraźniejszością. Pójść do przodu. Rzuciłem więc obie prace w Warszawie, zawiesiłem studia i właściwie z dnia na dzień poleciałem tam - hen daleko - do krainy łososi i niedźwiedzi. To była bardzo trudna decyzja ale musiałem wreszcie wykonać jakiś krok by coś zmienić. Dokonałem wyboru. Podjąłem decyzję, która zmieniła wszystko w moim życiu.

Work and Travel

Ponad trzy miesiące ciężkiej fizycznej pracy sprawiły, że zacząłem myśleć innymi kategoriami. Postawiłem sobie cel. Zarobić dostatecznie dużo pieniędzy by ruszyć w podróż i dotrzeć w miejsca o których słyszałem jedynie w audycjach radiowych, czytałem w National Geographic czy też widziałem w rozmaitych programach telewizyjnych. Chciałem przeżyć przygodę, dać się porwać drodze, stać się jej częścią. Po prostu ruszyć, a reszta sama jakoś się ułoży i ku mojemu zaskoczeniu tak właśnie się stało. Rozsypane puzzle zaczęły układać się w niesamowite, cudowne, nieprawdopodobne obrazy, a przed moimi oczami pojawiły się miejsca z moich snów. Tym razem jednak rzeczywiste, prawdziwe, namacalne. Będące tu i teraz. Mogłem stanąć obok majestatycznej Sekwoi i poczuć jej zapach. Wiecie jak cudownie piękny, czysty ma zapach? Ja wiem. Wiem też jak wygląda Wielki Kanion o poranku, czy też blask księżyca w tafli oceanu na Hawajach, wiem jak smakuje Kava na Fidżi, czy tortille w Meksyku, wiem co to znaczy się bać gdy nurkuje się w jaskiniach a nie umie się pływać, wiem co to znaczy pokonywać swój strach gdy wybieracie się w góry bądź próbujecie lotu między koronami drzew, wiem jak to jest spać samotnie w gwatemalskiej dżungli i budzić się na szczycie piramidy Majów w Tikal, wiem jak wygląda przepych Los Angeles i Nowego Jorku oraz slumsy Port-au-Prince po trzęsieniu ziemi. Wiem dużo ale wciąż się uczę. Uczę się przede wszystkim szacunku do otaczającego mnie świata, do napotkanych ludzi, do nieznanych mi kultur i obyczajów, poznaję nowe języki, nowe smaki, zapachy, nowe zjawiska i zwyczaje. Próbuję, odkrywam, doświadczam i staram się zrozumieć to co widzę. Pracuję nad sobą wewnętrznie i odkrywam swoje wnętrze przed drugim człowiekiem. Chcę poznać tą drugą, nieznaną mi jeszcze przed chwilą osobę, jej życie, jej historię, wysłuchać jej problemów i pomóc jeśli tylko jestem w stanie. Jestem w drodze, a droga całkowicie mnie pochłania. Przemierzam tysiące kilometrów ale postanawiam wrócić do domu na święta. Pożegnać się z ukochanym dziadkiem, na którego pogrzebie nie mogłem być. Tak, wybory na takiej drodze nie są łatwe. Wiecznie samemu, z dala od znajomych, przyjaciół, rodziny, ważnych momentów ale weszliśmy na tę drogę i ciężko z niej już zrezygnować. Ta droga uzależnia. Tak jak pisał Kapuściński: "Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.". Pojawia się więc pytanie jak żyć z tym uzależnieniem, z ta chorobą. Jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości po powrocie?



Receptą jest...

No właśnie. Co zrobić gdy wrócimy do domu, wypakujemy plecak, przegramy zdjęcia i filmy, spojrzymy raz jeszcze na notatki? I co teraz? Jaki wykonać kolejny krok. W głowie tysiące pomysłów albo całkowity ich brak. Trzeba od czegoś zacząć.


Wróciłem na studia do Warszawy. Napisałem pracę magisterską o negatywnych skutkach pomocy humanitarnej i rozwojowej. Uwzględniłem w niej m.in. obserwacje z mojej podróży, w tym sytuację na Haiti po trzęsieniu ziemi. Pomyślałem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zatrudnić się w jakiejś organizacji pomocowej i coś zmienić. Nie udało się. Nigdzie nie przyjęli mojej aplikacji. Zweryfikowałem więc swoje plany. Potrzebowałem pieniędzy. Zatrudniłem się w KPMG ale po miesiącu zrezygnowałem. Krawat, biała koszula, te wszystkie zasady i reguły, absurdy i przepisy, które sprawiały, że każdy dzień pracy wydawał się całkowicie bezsensowny. Dostałem kontrakt w Coca-Coli ale było jeszcze gorzej. Tabelki, liczby, przelewy, rozmowy z kontrahentami, faktury i świadomość, że pracuję dla jednej z największych firm na świecie i że moja praca nie ma najmniejszego sensu. Absolutnie nic nie wnosi ani do mojego życia ani do tego świata. 

Przeniosłem się do Niemiec do IBMu. Kolejne korpo można by powiedzieć. Ku mojemu zaskoczeniu było jednak inaczej. Międzynarodowe środowisko, praca kilkadziesiąt kilometrów na południe od Stuttgartu, wkoło zieleń, cisza, spokój. Codziennie do pracy jeździłem na rowerze, a w samej pracy zajmowałem się wysyłaniem zdolnych niemieckich studentów na zagraniczne praktyki zawodowe. Przynajmniej pomogę innym osobom podróżować - pomyślałem i tak też właśnie robiłem. Tajwan, Indie, Chiny, Kostaryka, USA, Argentyna. Tyle niezwykłych miejsc.

DreamYear

Powoli sześciomiesięczny staż w IBMie dobiegał końca, a w mojej głowie znów pojawiały się pytania: Co dalej? Wracać do Polski? Zostać w Niemczech? A może jeszcze coś innego? Znów zapragnąłem spróbować swoich sił w organizacjach pomocowych, humanitarnych itp. Wpisałem więc w wyszukiwarce słowo „Aid” i wyskoczyła niezwykła oferta pracy dla firmy AidCom zatytułowana DreamYear. Praca polegała na monitorowaniu mediów i komunikatów prasowych z całego świata i wyłapywaniu tych informacji, które są kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa turystów. Strajki, powodzie, trzęsienia ziemi, fale tsunami, zamachy, wojny itp. 

Po znalezieniu odpowiedniego "newsa" w przeciągu 5 minut analizowałem dany tekst, po czym przygotowywałem jego streszczenie a następnie tak przeedytowaną wiadomość wysyłałem smsem do turystów znajdujących się w miejscu potencjalnego zagrożenia ostrzegając o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Miałem więc poczucie, że pomagam innym i że moja praca ma sens. Co więcej, w ramach kontraktu mieszkałem na czterech różnych kontynentach m.in. w Malezji, Etiopii, Meksyku czy Norwegii, miałem dwa miesiące płatnego urlopu, pensję w wysokości 1000 EUR oraz zapewnione zakwaterowanie i przeloty między poszczególnymi lokalizacjami. Brzmi jak praca marzenie? I taką właśnie była! Pewnie dalej siedziałbym gdzieś w malezyjskim wieżowcu i wysyłał smsy, gdyby nie fakt, że firma... zbankrutowała. Okazuje się, że taki model biznesowy nie do końca się sprawdził ale co moje to moje. To właśnie dzięki tzw. DreamYear mogłem zwiedzić 26 państw w ciągu jednego roku. 26 państw na 26 urodziny. 

Dziś się śmieję, że to ja chciałem pomagać ludziom, a tu niespodziewanie los pomógł mi. Postanowiłem więc wykorzystać tę sytuację i nie zmarnować ani jednego dnia. W przeciągu roku trwania tego programu, przez pięć, może osiem dni siedziałem w mieszkaniu bezczynnie i nie robiłem nic. Każdy inny dzień poświęciłem albo pracy albo podróżom. Drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć - pomyślałem. 

Co więcej nie chciałem by były to zwyczajne podróże. Nie chciałem jedynie odhaczyć kolejnych punktów na mapie. Wpadłem więc na niecodzienny pomysł. Wyruszę w świat z zielonym jabłkiem i nakręcę z tej wyprawy krótki film. 



Dlaczego zielone jabłko? Sam nie wiem. Może to ta pierwsza praca w Hiszpanii? Może dlatego, że jest smaczne? A może ze względu na pewną scenę z Into the Wild? No właśnie... Ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Wiem jednak, że pomysł na podróż z jabłkiem okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki niemu zupełnie inaczej przeżywałem swoją drogę. Zamiast myśleć o tłumach turystów, o zabytkach, upływającym czasie, o pracy itp. w mojej głowie pojawiała się zupełnie inne myśli: Jak nakręcić to ujęcie? Skąd ja tu wezmę zielone jabłko? Czy będzie dobre światło? Czy mi nikt nie zakosi kamery i statywu? I wiele wiele innych absurdalnych myśli i pytań. Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że te podróże nabrały dla mnie nowego sensu, stały się źródełem do zabawy, pobudzały moją kreatywność i sprawiały mi niesamowitą radość. 

Na kręceniu poszczególnych scen spędzałem niejednokrotnie kilka godzin. Wyobraźcie sobie, że dla jednej sceny na Machu Picchu, przez kilka dni taszczyłem ze sobą jabłka, statyw i inkaskie poncho. Dodatkowych kilka kilogramów na plecach podczas wyczerpującego trekkingu w górach tylko po to, by nakręcić pięciosekundową scenę z jabłkiem. Ale tak właśnie miało być. Taki sobie scenariusz wymyśliłem i za wszelką cenę chciałem go zrealizować. Nakręcenie tego trzyminutowego filmiku kosztowało mnie naprawdę mnóstwo czasu i pracy ale opłaciło się. Firma co prawda zbankrutowała ale tych wszystkich przygód i doświadczeń nikt mi już nie odbierze. No i co ważne, powstał całkiem fajny filmik, który jak się później okazało, dał mi nową pracę. 



Podróż do źródeł rzeki której nie ma

Po przygodzie z AidComem, długo poszukiwałem odpowiedniego zajęcia, które sprawi, że będę mógł pracować i podróżować jednocześnie. W międzyczasie zapisałem się na studia doktoranckie ale dość szybko zorientowałem się, że jest to strata czasu. Nic nie wnosiły nowego, a życie znów przelatywało mi przez palce. Ruszyłem więc w "Podróż do źródeł rzeki której nie ma". Zaryzykowałem, ruszyłem w drogę i dzięki pomocy życzliwych ludzi w tym zupełnie nieznajomych, którzy postanowili wesprzeć mój projekt na polakpotrafi.pl udało mi się zrealizować mój projekt, moje marzenie. Jeszcze raz wielkie dzięki za wsparcie! Bez Was by się to nie udało.




Przemierzyłem kilkanaście tysięcy kilometrów azjatyckich bezdroży po czym znów wróciłem do Warszawy i niemal od razu znalazłem pracę. Tym razem w wyszukiwarce lotów jako Video Marketing Manager. To właśnie dzięki temu małemu zielonemu jabłku. Kto by pomyslał? 

Teraz pracuję w tej samej wyszukiwarce ale jako Social Media Manager, Community Manager czy też koleś od facebooka - jak tam kto woli. Wydawać by się mogło: praca idealna. Tworzę posty, zdjęcia i materiały o podróżach. Wysyłam ludzi za granicę, sam też podróżuję. Rok przepracowany, a w duszy znów odzywa się wewnętrzy głosy mówiący: czas wyruszyć, znów znaleźć się w drodze, kontynuować ścieżkę na którą rzucił mnie los. Ale jak to zrobić?

Digital Nomad, czyli kto?

W zeszłym tygodniu dostałem wiadomość: Zgadzamy się, możesz pracować zdalnie! Wyobrażacie sobie? Bo ja chyba wciąż nie. Mogę spakować się i ruszyć niemal w każde miejsce globu, wszędzie tam gdzie dociera internet i kontynuować swoją drogę. Podróż zwaną życiem a może życie zwane podróżą. W piątek ruszam do Berlina, tydzień później do Chorwacji, a stamtąd do Rosji. Właśnie zaczynam kolejny DreamYear, z małym wyjątkiem. Tym razem to ja decyduję o tym gdzie i kiedy przebywam i jak wyglądać będzie moja droga, a ta ma wiele do zaoferowania. Trzeba mieć tylko oczy i uszy szeroko otwarte. Trzeba umieć patrzeć, obserwować, słuchać, a nie tylko słyszeć, interesować się, zadawać pytania i poszukiwać swojej własnej ścieżki. Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Myślę, że podróże pozwalają nam przede wszystkim spojrzeć w głąb samego siebie, zrozumieć swoje pragnienia i wejść na właściwą ścieżkę. Czasem dopiero po latach potrafimy dostrzec dokąd ona nas prowadzi.

Zdecydowałem się na napisanie tego wielgaśnie długiego wpisu będącego w sumie moim podróżniczym życiorysem (Nie wiem, czy w ogóle ktoś dotarł aż tutaj z czytaniem?! Jeśli tak to wielkie dzięki.), po to by pokazać, że naprawdę jeśli do czegoś dążymy to prędzej czy później udaje nam się to zrealizować. Nie jest to proste. Co więcej, wiąże się z licznymi upadkami, ciągłymi wyrzeczeniami i nieustannymi poszukiwaniami ale warto słuchać tego co podpowiada nam wewnętrzny głos. Tym razem wzywa mnie on na nową drogę, nowe camino. Camino de Santiago.

Kultura JA

2 comments
O "Kolosach" największym festiwalu podróżniczym w Polsce mówi się dużo. Najczęściej o olbrzymich kolejkach przed wejściem. Coraz częściej jednak także w kontekście komercjalizacji tej imprezy ale i samych podróży.

Dla mnie wydarzenie to co roku jest miejscem do refleksji. Obserwuję trendy w świecie podróżników, sposoby prezentacji wypraw, ich temat, cel, kierunek. Obserwuję, słucham, uczę się i zastanawiam się dokąd to wszystko zmierza. Coraz więcej widać wystąpień nakierunkowanych na pokazanie siebie, wypromowanie własnej osoby, zrobienie podróżniczego kilkudziesięcio minutowego selfie i umiejscowienie całego świata jedynie jako tła dla całej historii. Liczę się przecież ja i to mnie macie oglądać i słuchać.

Zmiany te nie dotyczą tylko świata podróży. Zachodzą niemal wszędzie. Współczesny sukces m.in. Snapchata jest tu nieprzypadkowy. Dawniej pisano listy, pamiętniki, później rozmawiano przez telefon, wysyłano smsy czy też wiadomości na facebooku. Pytano: Cześć, co u Ciebie? Jak leci? Jak minął weekend? Teraz nikt nie pyta, nie interesuje się, bo przecież jak nie mówisz to znaczy, że nic ciekawego się u Ciebie nie dzieje, prawda? Teraz wysyła się snapy informując wszystkich o tym co się u mnie dzieje. Przecież każdy obowiązkowo (!) chce zobaczyć jak pierwszy raz od wczoraj właśnie wyszedłem na zewnątrz i nakładam psi filtr (koniecznie z językiem) na swoją twarz spacerując po sieciówce z modnymi ciuchami. Całkowite przewartościowanie, odwrócenie punktu zainteresowania. Nie ma już przyjaciel, znajomy, człowiek. Jestem ja.
Chcesz wiedzieć co u mnie to zobacz na snapie.
Nie czytasz moich opisów znaczy się nie interesujesz się mną i tym co się u mnie dzieje więc spadaj na drzewo. A sorry... jakie drzewo? Przecież wszystkie wycięli.

Kultura Ja. Bycie skromnym jest przecież przereklamowane. Trzeba mówić o sobie by się przebić, by nas zobaczono. Jak nie ja to jest przecież 7 mld ludzi a wśród nich ktoś kto szybko zajmie moje miejsce. Moje, mojsze, najmojsze.

A gdzie drugi człowiek?

Wychowałem się na reportażach Kapuścińskiego czy programach Tonego Halika, w których to właśnie drugi człowiek stał w centrum zainteresowania, liczyła się opowieść innych, innego świata, innej rzeczywistości. Dziś ta rzeczywistość jest przykryta warstwami, filtrem sztuczności i pęczniejącym ego pokazującym język wszystkim wkoło nas. Nas - znaczy się mnie, bo przecież to ja jestem "mega" o czym świadczy wrzucony przed chwilą buziak na zdjęciu z kciukiem do góry. No i liczba lajków. Tak, zdecydowanie liczba lajków i komentarzy. To przecież one motywują do działania, do podróży. Podkreślają moją zajebistość.

Bycie skromnym się nie opłaca. No bo jak być skromnym gdy się podróżuje po świecie od kilku, kilkunastu lat. Jak o tym opowiedzieć bez selfie sticka i zdjęcia z rączki. Przecież jak nie opowiem to nikt się nie dowie więc po co w ogóle cała ta wyprawa? Po co jeździć na inny kontynent czy do Ciechocinka skoro nie napiszą o tym później w gazecie, blogu, nie nakręcą wywiadu czy nagrania w TV, nie przyjmą na festiwal? Liczy się w końcu fejm. Po to jeździmy po świecie, wstajemy z łóżka i rozpoczynamy każdy kolejny dzień.

W książce "Kapuściński non-fiction" przeczytałem kiedyś o powrotach Kapuścińskiego z dalekich wypraw. Miesiące rozłąki ze znajomymi, brak kontaktu, szczątkowa korespondencja, cenzura.
Kapuściński wchodzi do baru. Spotyka znajomego.
- Rysiu! Opowiadaj jak było? - słyszy.
- W porządku, a co u Ciebie? Jak się miewa żona? Urządziliście już mieszkanie?
Były to czasy gdy znikomy procent Polaków mógł sobie pozwolić na jakikolwiek wyjazd. Marzeniem była wycieczka do Bułgarii, nie mówiąc już o Indiach, Angoli czy Meksyku. A dzisiaj? Podróżują wszyscy. Każdy jest przecież podróżnikiem.

Czasy Kapuścińskiego zniknęły bezpowrotnie. Udały się w daleką podróż. Podróż w której nie ma selfie sticka ani relacji na instagramie. Jest drugi człowiek i spotkanie. Jego historia, jego życie, uczucia, doświadczenia, radości i problemy. Jest czas, który oferujemy tej drugiej osobie siedzącej na wprost nas. Jest rozmowa a nie monolog. Jest bliskość i zrozumienie bądź próba zrozumienia a nie narzucania swojego ja i swoich historii. Nauczyliśmy się mówić ale zapomnieliśmy słuchać, a szkoda bo świat ma mnóstwo do opowiedzenia. Wystarczy przyłożyć ucho i wsłuchać się w jego słowa a każdy dzień będzie nowym doświadczeniem, nową opowieścią, nową historią, która może zmienić nasze życie. Wystarczy poświęcić nieco czasu. Czasu.

Jose Mujica nazywany przez media najbiedniejszym prezydentem świata a przez rodaków po prostu "Pepe", w krótkim wywiadzie dla projektu filmowego "Humans" opowiada o wartości naszego życia i czasu.



Czas - najcenniejsza wartość jaką posiadamy. Czas to nasze życie. Drugiego nie dostaniemy. Czy może zatem istnieć coś cenniejszego niż czas, który możemy ofiarować drugiej osobie i czas który otrzymujemy od innych? Każdego dnia wybieramy na co poświęcamy sekundy, minuty i godziny naszego życia. Dlatego naprawdę szczerze Ci dziękuję, że tym razem tych kilka minut swojego życia poświęciłeś/aś na przeczytanie tego tekstu. Szczepan



Seattle

3 comments
Jestem w Seattle od poniedziałku 23 maja. Jest 28 maja, godzina 17:18. Nazwa strefy czasowej PDT, cokolwiek to znaczy. Dni mijają dość szybko.

Przyleciałem wieczorem o godzinie 21:05. Odebrałem bagaż i po 15 minutach przyjechał po mnie Will. Wraz z Cam zgodzili się abym u nich został do 1 czerwca, czyli do dnia mojego wylotu na Alaskę. 

Will, siwe, dość mocno przerzedzone włosy na głowie, gęsty wąs przypominający nieco ten, który znaleźć możemy u słynnego polskiego elektryka ze Stoczni Gdańskiej, duże uszy, niewielkie okulary osadzone na wyrazistym i nieco grubawym nosie spod których spoglądają niewielkie oczy badające dość uważnie moją postać. Cam powitała mnie ciepłym uściskiem i szerokim uśmiechem. Od razu poczułem się tak jak zapewne czuli się pierwsi europejscy osadnicy przybywający do Nowego Świata witani przez tubylców dorodnym pieczonym indykiem. Kilka dni później Cam i Will zaprosili mnie na ich 32. rocznicę ślubu, do ekskluzywnej i urokliwej restauracji we wschodnim Seattle, co prawda bez indyka na talerzu ale z soczystymi żeberkami, sosem miętowo-cytrynowym i kawałkami pieczonych ziemniaków ułożonymi w formie lekkiego łuku na prostokątnym półmisku.


Łamanie tradycyjnych europejskich kulinarnych konwenansów jest dość powszechne po drugiej stronie Atlantyku ale słodkie ciasto z dodatkiem oliwy z oliwek, wina, truskawek i bitej śmietany burzy nieco moje wyobrażenie o granicach eksperymentowania w kuchni. Do tego wszystkiego, tej (jakby na to nie patrzeć) dość zaskakującej kombinacji smaków, zapachów i kolorów towarzyszyło czerwone wino Jerez, zwane tu Sherry. 

Wino to ma dość ciekawą historię. Pochodzi z Andaluzji z regionu Jerez de la Frontera i wytwarzane jest na Półwyspie Iberyjskim prawdopodobnie od trzech tysięcy lat. Winorośle przywiezione przez Fenicjan doskonale zadomowiły się na skąpanym słońcem południu Hiszpanii jednak to dopiero Maurowie w VIII wieku n.e. po podbiciu tego regionu udoskonalili produkcję tutejszego wina wprowadzając proces destylacji, jednocześnie wzmacniając lokalne trunki. Podczas arabskiego panowania kultywowano produkcję wina ale dopiero po udanej hiszpańskiej rekonkwiście produkcja sherry znacząco wzrosła, by w XVI w. uzyskać reputację najlepszego wina na świecie. 

Sherry ze względu na zwiększoną zawartość alkoholu lepiej od innych win znosiło trudy długich podróży. Nie dziwi więc fakt, że w swoją pierwszą wyprawę w poszukiwaniu morskiej drogi do Indii, Krzysztof Kolumb zabrał właśnie ten niezwykły trunek. Podobnie zresztą uczynił Magellan, który podczas przygotowań do pierwszej w historii podróży dookoła świata spędził więcej czasu na gromadzeniu odpowiednich zapasów wina Jerez pod pokładem niż na skompletowaniu wystarczającej ilości broni. Magellanowi nie udało się powrócić do Europy. Zginął w walce u wybrzeży Filipin 27 kwietnia 1521 roku. 

Na pamiątkę tamtych wydarzeń ustanowiono nawet święto narodowe zwane Lapu-Lapu, podczas którego Filipińczycy świętują pierwsze zwycięstwo nad europejczykami i pierwszy udany opór przed hiszpańską kolonizacją. Co ciekawe, spora część Filipińczyków świętuję to wydarzenie wypijając olbrzymie ilości alkholu. Kto wie, może i jest to sherry, czyli prawdopodobnie pierwsze wino, które dotarło do Nowego Świata oraz pierwsze, które okrążyło kulę ziemską. Czy istnieje więc lepszy trunek, którym mógłbym rozpocząć swój pobyt na amerykańskiej ziemi?

Następnego dnia po długiej i ciężkiej pobudce zwklekłem się z łóżka i wolnym krokiem udałem się na przystanek autobusowy. Wiedziałem, że czekać mnie będzie wyjątkowo biurokratyczny dzień ale powoli zaczynam rozumieć Kolumba i Magellana i ich zamiłowanie do Sherry. 


Po załatwieniu wszystkich dokumentów i wystaniu się w kolejce w Social Security Administration Office podpisałem umowę o pracę i 1 czerwca o godzinie 04:30 rano mam odlot z Seattle Tacoma International Airport na Alaskę. Wielka niewiadoma na którą wciąż czekam spędzając leniwe dni w nieco deszczowym i kapryśnym pogodowo mieście.

Downtown Seattle jest niewielkie, kolorowe i niezwykle urokliwe, co jest dość niespotykanym zjawiskiem w przypadku skupiska betonowych bloków i szklanych wieżowców. Olbrzymie drapacze chmur, autostrady, które ciężko w jakikolwiek sposób ogarnąć, tunele, wodne taxi, żółte i pomarańczowe taksówki, żółte szkolne autobusy niczym z „Boston Public” oraz ich miejskie odpowiedniki służące do transportu publicznego, jeżeli w ogóle w Stanach Zjednoczonych można mówić o czymś takim jak transport publiczny. Zielono-żółte w stylu lat 70tych, aczkolwiek patrząc na nie odnoszę wrażenie, że to żadna stylizacja. One chyba rzeczywiście mają już po kilkadziesiąt lat. Zamiast przycisków do otwierania drzwi, po obu stronach autobusu wiszą jakieś linki, przypominające sznurki do rozwieszania prania, za które należy pociągnąć jeśli chce się wysiąść. Zanim jednak się wysiądzie trzeba wsiąść i tu pojawia się mały problem. Bilety kupuje się u kierowcy, a płacić można tylko gotówką i to odliczoną, bo kierowca nie wydaje reszty. Będąc krakowskim sknerusem wychowanym w duchu nieustannego oszczędzania, liczę każdy cent i tak oto większą część czasu spędzam na chodzeniu od sklepu do sklepu i kupowaniu po jednej małej rzeczy, żeby rozmienić banknot 10$. Czasem ma to jednak i dobre strony. Dziś spacerowałem wzdłuż plaży i podszedłem do niewielkiego standu na kółkach żeby kupić hot-doga, po czym otrzymałem go za darmo, bo sprzedający hot-dogi chłopak nie miał wydać z 10$.

A co do sklepów, no cóż. Wszystkie ceny podane są bez podatku więc dopiero przy kasie okazuje się ile musimy zapłacić. A kwota może nas mocno zdziwić, bo dajmy na to kupuję sobie gruszki, a tam cena dwa dolary za jeden funt gruszek. Ale ile to jest funt gruszek?! Jedna, trzy, osiem? Dla przeciętnego przybysza z Europy przypomina to grę w rosyjską ruletkę. Nie masz pojęcia co Cię czeka. Nie mówiąc już o innych dziwnych miarach. Pytasz się kogoś o drogę, a on Ci mówi, że to jakieś 3/4 mili albo że trzeba skręcić za 300 stóp w prawo. Budzisz się rano, otwierasz gazetę, a tam informacja, że dziś będzie 59F, czyli ile?! Zimno? Ciepło? Odnośnie tego czy będzie padać... W Seattle chyba nikt tego pytania w ogóle nie zadaje bo pada tu niemal codziennie z tym, że jest to dość lekki deszcz i trwa zazwyczaj kilka minut, czasem całe popołudnie. Można się przyzwyczaić. Dziś o dziwo cały dzień nie padało, ale do wieczora zostało jeszcze trochę czasu więc wszystko może się zdarzyć.

Mieszkając w Polsce dziesiątki jeśli nie setki razy słyszałem, że sprzęt elektroniczny za oceanem jest dużo tańszy więc postępując zgodnie ze swoim wychowaniem (czyt. chęcią oszczędzenia kilku dolarów) postanowiłem wybrać się na zakupy do wielkiego centrum handlowego znajdującego się na obrzeżach miasta, a może i nawet stanu Washington. Wyprawa po laptopa okazała się udana ale znów to jak gra w ruletkę. Nie dość, że do sklepu elektronicznego jedzie się dobre kilkanaście minut autostradą (autobusy w ogóle tam nie jeżdżą), to jeszcze poziom obsługi jest katastrofalny. 

Podchodzę i pytam się pierwszego napotkanego pracownika stojącego na dziale z laptopami o szczegółowe dane techniczne trzymanego przeze mnie w ręku sprzętu. Niski, grubawy mężczyzna o lekko azjatyckich a może indiańskich rysach twarzy spogląda na mnie ze zdziwieniem, bierze obydwa laptopy do ręki i czyta na głos specyfikacje umieszczone na niewielkich naklejkach w lewym dolnym rogu, po czym oddaje mi oba laptopy.

Zdębiałem. Nieuzyskawszy odpowiedzi ponawiam swoje pytanie na co nieco zaskoczony chłopak drapie się prawą ręką po głowie i idzie po kogoś do pomocy. Przychodzi kolejny mężczyzna i sytuacja znów się powtarza, a ponieważ dalej stoję przed nimi próbując uzyskać odpowiedź na swoje pytanie, tamten woła kolejnego. Ani się spostrzegłem jestem otoczony przez grupę złożoną z kilku mężczyzn podających sobie z ręki do ręki oba laptopy i usilnie próbujących znaleźć na tej naklejce więcej informacji. Po kilku minutach podchodzi kierownik działu.

– Wreszcie, wybawienie – myślę sobie – Dlaczego od razu nie poszedłem do kierownika działu? 

Moje rozterki rozwiewają się jeszcze szybciej niż się pojawiły. Kierownik też nie wie i z nieco tępą miną oddaje mi oba laptopy do ręki.

Rozumiem, że gdybym pytał się o taktowanie, skład chemiczny plastiku wykorzystany do produkcji obudowy, kieszeń Ultrabay, specyfikację karty sieciowej, gniazdo blokady Kensingtona albo ilośc Chińczyków którzy składali te modele to właściwej odpowiedzi mógłbym się nigdy nie doczekać ale moje pytanie brzmiało: „W którym z tych laptopów bateria wytrzyma dłużej i czy w ogóle jest jakaś różnica między tymi modelami (wskazuję na Della i Samsunga)?

Cóż, najwyraźniej tu nikt pytań nie zadaje. Klient ma po prostu wejść i kupić to co sprzedawca mu wręczy do ręki mówiąc:

-To najlepszy model na sklepie. Będzie Pan zadowolony.

Nie usyskawszy odpowiedzi na swoje pytanie wziąłem tańszy model i zadowolony (mam nowiutkiego laptopa a co za tym idzie dostęp do cywilizacji) ale i podirytowany opuściłem tą świątynię dumania.

W drodze powrotnej z marketu do miasta zaciekawiła mnie jeszcze jedna rzecz. Po lewej stronie, wewnętrzny pas drogi (ten znajdujący się najbliżej barierek oddzielających przeciwległe kierunki jazdy) oznaczony jest ciągłą linią i nazywa się Carpool'em, czyli coś jak nasz BusPas z tym że dla samochodów w których siedzi więcej niż jedna osoba w środku. Wygląda na to, że w USA jeśli jedziesz samochodem z przynajmniej jednym pasażerem to jesteś traktowany jak kierowca autobusu!

Po dłuższej chwili jazdy z Willem, wykorzystując to, że teraz jesteśmy autobusem, omijajamy kilkukilometrowy korek i docieramy do Downtown. Seattle jest niedużym miastem, jakieś 500 tysięcy mieszkańców, jednak wraz z okolicznymi miejscowościami i przedmieściami stanowi prawie 3,5 mln aglomerację. Ze względu na swoją rozłożystość większość ludzi przemieszcza się tu samochodami, taksówkami, bądź rowerami i tylko niewielka część autobusami, a ja z racji, iż nie zawsze mam w kieszeni drobne sporo spaceruję. Poza tym przyjechałem do Stanów by zarabiać pieniądze a nie je wydawać, więc po prostu sie przejdę. Spacer to dobry zwyczaj.

Odnośnie cen i wydatków: najtańszy hot-dog na mieście to jakieś 4$, miska ryżu z kurczakiem to około 7$ za małą porcję, jednak to co najbardziej rzuca się w oczy, a właściwie to błyskawicznie uderza nasze podniebienie i mózg to cukier. Astronomiczne ilości cukru dodawane do każdej niemal potrawy czy produktu. Niejednokrotnie odnosi się wrażenie jakby całe to jedzenie tygodniami leżakowało w panierce z cukru pudru. Do tego mała butelka wody jest droższa od każdego napoju gazowanego, a przypominam, że w każdej zwykłej puszcze coli znajduje się, aż 35 gramów węglowodanów. Nie dziwi więc fakt, że w Stanach Zjednoczonych możemy spotkać całe rzesze ludzi otyłych, a Seattle i tak całkiem nieźle wypada na tle pozostałych stanów. Na południu USA odsetek ludzi otyłych w niektórych miastach przekracza 50 procent! Ale to na południu, tu w Seattle zaskakująco dużo mieszkańców codziennie uprawia jakiś sport, więc otyłych młodych osób nie ma aż tak wiele. Większość posiada naprawdę zgrabną sylwetkę. Widok dziewczyn biegających wzdłuż nabrzeża w obcisłych strojach sprawia, że z każdym kolejnym spacerem coraz bardziej mi się tu podoba, a i spacery stają się coraz dłuższe. Spacer to zdrowie, zwłaszcza jeśli kończy się poranną gimnastyką na plaży z przepięknym widokiem „na miasto”, rzecz jasna. Do tego wszystkiego te szklane drapacze chmur zawieszone nad brzegiem zatoki i ludzie wolnym krokiem zmierzający do pracy. Tu nie czuć pośpiechu, pogoni, wyścigu szczurów ogarniającego centrum światowych metropolii. Ludzie żyją zwykłym, spokojnym, codziennym życiem, bez pośpiechu i wypruwania żył. Nie wiem czy to zasługa tej deszczowej pogody, lekko depresyjnej (w stanie Washington rocznie około tysiąca osób popełnia samobójstwo), szarego nieba i zimnego północno-zachodniego wiatru czy otaczającej miasto dzikiej natury. Życie mija tu powoli. 

Po całym dniu szwendania się po rozmaitych alejkach i zakamarkach miasta grunge’u, jak pieszczotliwie nazywa się czasem Seattle, i nasłuchiwania czy aby z którejś drewnianej knajpki badź niewielkiego pubu do moich uszu nie dociera jeden z utworów tzw. „Wielkiej Czwórki” (Nirvana, Pearl Jam, Alice in Chains oraz Soundgarden) bądź innych dźwięków alternatywnego rocka, wsiadam do wodnej taksówki i udaje się do Alki Beach na należyty odpoczynek. Po drodze, przy samym niemal centrum, natrafiam na kolonię około 20 lwów morskich walczących o miejsce na niewielkim głazie wynurzającym się z dna zatoki. Nieco dalej nad jeziorem Washington spotykam stado dzikich gęsi kanadyjskich, a tuż przed zaśnięciem nad domem Cam i Willa dostrzegam przeletującego nisko nad budynkami wielkiego amerykańskiego orła, rozłorzystymi skrzydłami wolno przecinającego powietrze. To właśnie tu w 3,5 milionowym Seattle po raz pierwszy mam kontakt z amerykańską florą i fauną. Ciekawe co przyniesie niemal bezludny Kodiak i alaskańska kraina jezior, gór i lodowców.

Złoto Trolla czyli gorączka na Alasce

Leave a Comment
Seattle zostało zaatakowane przez Trolla. Ale nie ma obaw, Troll znalazł już sobie kryjówkę i nie zamierza jej opuszczać. Co więcej zakopał się głęboko po szyję w ziemi i nigdzie się już stamtąd nie rusza. Ukrył się we wzgórzu w północnej części miasta, a dokładniej tam gdzie jeden z okolicznych mostów ma swój początek i styka się z gruntem. Z dala od miejskiego zgiełku, hałasu, ludzi i samochodów (tych drugich to zwłaszcza nie lubi!).

W takiej ustronnej, nierzucającej się w oczy kryjówce znajduje się olbrzymia, przypominająca piaskową jednak tak naprawdę metalowa, rzeźba Trolla. Ma ona jedno oko i wielką łapę, którą trzyma, a właściwie to miażdży niewielki samochód (do tego stopnia, iż marki nie byłem w stanie rozpoznać). Troll ten na tyle zadomowił się w dzielnicy, iż nawet ulica nosi jego imię. 

Tu w Larsen Bay też jest jeden Troll, choć trochę różniący się od tego z Seattle. Nazywa się, Troy (zbieg okoliczności?) i jest Amerykaninem. Kto by przypuszczał, że Trolle mogą mieć różne narodowości, a jednak. Otóż ten Larsenowski Troll jest 45-letnim mężczyzną, olbrzymiej postury. Ubrany niemal zawsze w spodnie a'la ogrodniczki, gumowe buty, zresztą jak niemal wszyscy tu pracujący. Wzrost możliwe, że dwa metry. Nie wiem właściwie bo zawsze chodzi w czapce z wizerunkiem łosia na środku. No i ta broda i wąsy. Wygląda jak pierwsi przybysze na Alaskę, zdesperowani poszukiwacze złota. W sumie jakby mu dać kilof... Nie, lepiej nie, w końcu jak powszechnie wiadomo Trolle strzegą złota więc może coś w tym jest. Zazwyczaj wyglądają dość groźnie i odpychająco ale ten alaskański wydaje się miły i niegroźny. Póki co jednak się nie zbliżam, w końcu mam ze sobą złotówki. Nie mam pewności jak się zachowa gdy poczuje złoto. Jeszcze dostanie gorączki.

Tymczasem, jak podaje wszechwiedząca wikipedia, gorączka złota to „napływ dużej liczby osób chcących się szybko wzbogacić na tereny, gdzie odkryto złoża szlachetnych kruszców, szczególnie złota. Terminem tym określa się także pogoń za zyskiem pochodzącym z innych źródeł. Gorączki złota przyczyniały się do zasiedlania nowych terenów Ameryki Północnej i Australii.”

Pierwszą prawdziwą gorączkę złota na Alasce (jej kanadyjskiej części) zaobserwowano w latach 1896-1903 ale już w latach 70-tych XIX wieku wzdłuż rzeki Jukon odkryto niewielkie złoża cennego kruszcu. Nie były one jednak na tyle duże by rozpętać istne szaleństwo poszukiwań, jakie miało miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej w Kalifornii. Co więcej, alaskański interior jest niezwykle trudny do życia. Do dzisiaj zamieszkuje go znikomy odsetek ludzi, a Alaska jest jednym z najsłabiej zaludnionych regionów nie tylko w USA ale i na całym świecie. 

Jesienią 1886 roku na rzece Fortymile odkryto pierwsze większe pokłady złota. Wkrótce powstało tam miasteczko o tej samej nazwie, które do 1896 roku, czyli do momentu wyczerpania okolicznych złóż liczyło około 600 mieszkańców. Wtedy to w środku lata trzech poszukiwaczy: George, Skookum i Tagish ruszyło na północ. 16 sierpnia nad rzeką Rabbit Creek obecnie znaną jako Bonanza Creek znaleźli dosłownie żyłę złota. Nie mówiąc nic nikomu, przez kilka miesięcy pracowali w tym wyjątkowo niekorzystnym klimacie. Przeczesywali koryto rzeki, żmudnie wyłuskując z niego drobne, mieniące się w słońcu ziarenka. 

Istniejące wówczas prawo nakładało na poszukiwaczy obowiązek zarejestrowania swoich posiadłości w przeciągu dwóch miesięcy od ich zajęcia. George Carmack by zalegalizować swoje wydobycie udał się więc z powrotem do Forty Mile. Wieść o nowych złożach szybko rozeszła się po całej okolicy. Górnicy nie zastanawiając się długo ruszyli nad rzekę Klondike, gdzie założyli miasto Dawson, które pełniło funkcję stolicy całej prowincji Jukon do roku 1952. W kwietniu 1897 r. w Dawson zarejestrowało się półtora tysiąca górników, cztery miesiące później było ich już trzy i pół tysiąca. W niespełna dwa lata od założenia miasta liczyło ono już 40 000 mieszkańców. Dziś żyje tam jednak jedynie 1300 osób.[1] 

George, Skookum i Tagish wybierając się w głęboki alaskański interior nie pszypuszczali, że ich podróż będzie miała tak olbrzymi wpływ na losy dziesiątek tysięcy osób. Gdy w lipcu 1897 roku na rzece Jukon stopniał lód, obładowane złotem statki handlowe: „Excelsior” oraz podążający za nim ‘Portland” mogły wreszcie opuścić alaskańskie terytorium. 

Pierwszy ze statków dopłynął do San Francisco, przywożąc na pokładzie złoto o wartości co najmniej pół miliona dolarów (odpowiednik współczesnych ok. 550 mln dolarów). Miasto błyskawicznie ogarnęła prawdziwa euforia. To samo działo się dwa dni później w porcie w Seattle, do którego to zacumował drugi ze statków. Lokalne gazety pisały: „Złoto! Złoto! Złoto! 68 bogaczy na parowcu Portland. Stosy żółtego metalu! Niektórzy mają $5000, wielu o wiele więcej, a niektórzy po $100 000.”. Łączna wartość przywiezionego złota wyniosła 1 mln 139 tys. dolarów, co sprawiało, że ludzie właściwie z dnia na dzień ruszyli na północ. Problem polegał na tym, że tak naprawdę niewiele osób wiedziało gdzie znajduje się Klondike. 

Rozpoczął się wyścig, w którym prawie 100 000 ludzi zadeklarowało chęć dotarcia do złotonośnych terenów. Wbrew pozorom na alaskańskiej gorączce złota skorzystały przed wszystkim miasta na zachodnim brzegu USA. Ze wględu na brak odpowiedniej infrastruktury, wyżywienia czy choćby wystarczająco dużych miast na Alasce w których możnaby się zaopatrzyć w niezbędne do podróży produkty, każdy śmiałek zabrabierał z sobą kilkaset kg sprzętu, ubrań i zapasów jedzenia. Zakupu dokonywali oczywiście w Seattle, San Francisco i innych dużych miastach portowych rozmieszczonych wzdłuż amerykańskiego wybrzeża Pacyfiku. Według różnych szacunków wylicza się, że na sprzedaży produktów niezbędnych do wyprawy na daleką północ mieszkańcy Seattle zarobili kilka milionów ówczesnych dolarów, czyli wartość znacząco przekraczającą ładunek złota przywieziony na pokładzie statku „Portland”. 

Jednym z najważniejszych przedmiotów, bez którego żaden poszukiwacz złota nie opuszczał zachodniego wybrzeża USA były dżinsy. Zaprojektowane przez Leviego Straussa w 1873r. spodnie szybko zdobyły olbrzymią popularność. Niewiele ważące i niezwykle trwałe idealnie nadawały się na długą podróż. Z czasem stały się wręcz produktem kultowym, a spodnie z serii 501 do dziś nie różnią się niczym od tych wykonywanych w warsztacie Leviego. Na sprzedaży spodni stworzonych z myślą o górnikach i poszukiwaczach złota ich twórca zdobył olbrzymi majątek. 

To właśnie przedsiębiorczy Amerykanie okazali się największymi beneficjentami tzw. gorączki złota. Wątek ten trafił zresztą również do amerykańskiej popkultury. Stworzona przez Walta Disneya postać Sknerusa McKwacza swój pierwszy milion dolarów zarobiła właśnie na gorączce złota nad Klondike.

Słynna na całym świecie „gorączka” zakończyła się w 1903 r. czyli wówczas gdy wyczerpano główne zasoby złota. Okoliczni poszukiwacze zmienili miejsce swoich poszukiwań przenosząc się między innymi do założonego 26 kwietnia 1901 r. przez E.T. Barnette’a - Fairbanks. 

Położenie Fairbanks jest nieprzypadkowe. To właśnie tu Barnette, handlarz, przedsiębiorca, bankier i jednocześnie kapitan łodzi rzecznych w trakcie swojej podróży na północ rzeką Chena utknął na mieliźnie. Zmuszony do wyładowania towarów na brzeg rozbił obóz. Jak się później okazało miejsce to stało się zaczątkiem nowego miasta i do dzisiaj stanowi jego centrum.

Początkowy rozwój wypadków wydawał się iść nie po myśli Barnette’a. W okolicy nie było złota, miasto znajdowało się na pustkowiu, a liczba klientów w założonym przez niego sklepie była znikoma. Barnette postanowił jednak uzbroić się w cierpliwość i czekać. Wierzył, że gorączka złota dotrze także tutaj. 

22 lipca 1902r. Felix Pedro, włoski imigrant, skuszony wizją olbrzymiego złota czekającego w alaskańskiej głuszy przeczesywał wzgórza Tanana, znajdujące się na północny-wschód od Fairbanks. W jednym ze strumieni, nazwanym dziś od jego imienia Pedro Creek, znalazł sporą bryłkę złota, którą wkrótce dostarczył do sąsiedniego punktu handlowego. Wieść o znalezisku błyskawicznie rozprzestrzeniła się na całą Alaskę. W przeciągu kilku miesięcy liczba poszukiwaczy złota w osadzie osiągnęła ku zadowoleniu Barnette’a liczbę ponad 1000 osób. Mimo, że początkowo złoża złota okazały się niewielkie doprawadzając zdesperowanych ludzi na skraj wytrzymałości, już w 1904 roku wydobycie w okolicy wyniosło równowartość ówczesnych 600 tysięcy dolarów. W 1910 roku było to już 30 mln dolarów, a Fairbanks stało się na chwilę największym miastem Alaski. 

Oprócz licznych salonów, w których świeżo upieczeni bogacze roztrwaniali swój majątek na grze w karty i czerpaniu przyjemności z usług prostytutek, w mieście inwestowano w rozwój infrastruktury i oświaty. W lokalnej szkole uczyło się wówczas ponad 100 uczniów, niedawno wybudowane domy połączyła wewnętrzna linia telefonicza, a na ulicach pojawiły się pierwsze samochody. Wkrótce też dzięki wsparciu rządu federalnego ukończono budowę linii kolejowej łączącej Fairbanks z Anchorage i Seward. Uruchomienie połączenia kolejowego było tak ważnym wydarzeniem, iż Warren G. Harding, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych udał się w dwumiesięczną podróż nad „ostatnią granicę”, by zobaczyć końcowe efekty pracy. Na nieszczęście dla Hardinga, podczas podróży powrotnej do Waszyngtonu na świeżo ukończonej trasie zaserwowano nie do końca świeżą zupę krabową. Prezydent doznał poważnego zatrucia pokarmowego i zmarł kilkanaście dni później. 

Nieświeże kraby nie były jednak w stanie zatrzymać rozwoju miasta. W trakcie gorączki złota do Fairbanks ściągali ludzie z całego kraju. W pierwszych latach istnienia miasta poszukiwaczy było tak dużo, że z trudem można było znaleźć miejsce na rozbicie nowego namiotu, a opuszczenie swojego lokum groziło jego błyskawicznym zajęciem przez chyhających na taką okazję przybywających masowo nowych imigrantów. Każdy wyposażony w broń i owładnięty wizją szybkiego wzbogacenia się. 

W owym czasie to właśnie Fairbanks bardziej przypominało prawdziwy „Dziki Zachód” niż jakiekolwiek miasto w Teksasie. O dzikości tego miejsca mogły świadczyć również wilki, kojoty i łosie podchodzące zimą do domostw w poszukiwaniu pożywienia. Co więcej, część z mieszkańców postanowiła je udomowić. 

Pewien barman zaopiekował się młodym, osieroconym łosiem i pozwolił mu zamieszkać w salonie. Łoś ten na tyle czuł się swobodnie, że widywano go samotnie spacerującego po ulicach. Niestety, gdy osiągnął, nazwijmy to „pełnoletność”, ze względu na swoje rozmiary (dorosły łoś może mieć ponad dwa metry wzrostu i ważyć ponad 600kg) zaczął powodować liczne szkody wywołując tym samym oburzenie wśród mieszkańców. Postanowiono więc ukrócić tą samowolę i wprowadzono prawo (jedyne tego typu na świecie) zakazujące łosiom spaceru po chodnikach![2]

W internecie moża przeczytać o jeszcze kilku innych dość abstrakcyjnych prawach ustanowionych na Alasce. Między innymi za wykroczenie uznaje się pojenie łosi alkoholem czy też wypchnięcie żywego łosia przez drzwi lecącego samolotu. W sumie jakby się nad tym zastanowić to rzeczywiście pijane łosie wyrzucane z samolotów mogłyby stanowić spore zagrożenie zwłaszcza dla niedźwiedzi, których przecież na Alasce jest podobno więcej niż ludzi. 

Tymczasem wracam do pracy. Stojący obok mnie w czapce z łosiem na przodzie, Troy zaczyna mi się w dziwny sposób przyglądać. Swoją drogą, ciekawe dlaczego trafił do Larsen Bay?



[1]http://historia.org.pl/2011/04/12/goraczki-zlota-na-alasce-klondike-1896-1900/
[2]P.Kraśko, Alaska, Świat według Reportera, wyd. G+J RBA Sp.z o.o. & Co., Warszawa 2011