Kierunek: Wschód

Leave a Comment
Pociągi, pociągi, ruskie pociągi. Kręgosłup i zarazem układ krwionośny całego imperium. To właśnie kolej stworzyła Rosję. Niczym nić połączyła z sobą niepasujące mogłoby się wydawać do siebie punkty, tworząc nowy unikalny wzór. Porozrzucane pośród surowej tundry, nieprzebranej tajgi, czy szerokich stepów wioski połączono w jeden twór, jeden olbrzymi organizm. Kolej skróciła dystans, przestrzeń stała się wreszcie policzalna, możliwa do zidentyfikowania, namacalna. Horyzont zyskał swój kres a stała się nim kolejna żeleznickaja stacija. Iwanowo, Władimir, Rybińsk albo po prostu kilometr 157. 



Buriaci i Jenkowie, Tatarzy i Jakuci wszyscy trafili do tego samego naczynia połączonego, stali się najpierw poddanymi cara, później przemianowano ich na tzw. Człowieka radzieckiego - bezosobową postać, bez twarzy. Teraz tworzą współczesną Rosję. Jej granice, jej różnorodność, jej nieskończoność, jej niezmienność. Wsiadają w pociąg i ruszają przed siebie, handlują, pracują, odwiedzają rodziny i krewnych. Raczej nie zwiedzają. Przeciętny Rosjanin w swoim życiu był w czterech może pięciu większych rosyjskich miastach. Spora część nigdy nie opuściła swojego matecznika, swojej prowincji a czasem i miasta czy wioski. Pytam czemu? Nie znają odpowiedzi. Bardziej ciekawi ich zachód i tamtejsze miasta. Londyn, Paryż, Rzym czy Berlin. Po co mieliby jechać do zindustrializowanego Czelabińska czy do skażonej historią Workuty? Albo na Kołymę? No właśnie na Kołymę. Przecież tam nic nie ma poza złotem i zabójczym, bezlitosnym klimatem. Na Kołymę trafia mniej turystów niż na Biegun Północny czy Południowy. To po co tam jechać? Tam, nawet kolej nie dochodzi. No właśnie kolej. 

Nie da się zrozumieć Rosji bez choćby jednej podróży rosyjską koleją. Bez nocy na górnym łóżku plackarty, bez Wagonowej przynoszącej czystą pościel i sprzedającej gorącą herbatę, bez półgodzinnych postojów na stacjach i babuszek z kracianymi torbami sprzedających obiad w skrzypiącym styropianie, bez gry w karty i picia wódki, bez zapachu kiełbasy i ogórków, bez monotonnie niezwykłego i nieco przerażającego widoku niekończących się lasów, tundry, stepów czy mokradeł za oknem. Bez Sankt Petersburga i Moskwy, bez rosyjskich pięknych kobiet i opuszczonych biednych zabitych dechami wiosek. Bez miliarderów i kawioru i bez czarnej tablicy na stacji kolejowej wskazującej najbliższy odjazd w kierunku: Wschód.

Nie było nocnego pociągu więc wsiadłem w pierwszy poranny. Stara, klasyczna plackarta. Kierunek Samara ale wysiadam po drodze w Niżnym Novgorodzie. Piętrowe łóżka rozłożone, część osób wciąż śpi. Za oknem wciąż ten sam krajobraz. Lasy brzozowe, mokradła, co kilkanaście kilometrów jakaś osada złożona z biednych, zaniedbanych drewnianych domostw. Co kilkadziesiąt kilometrów jakieś miasto. I tak przez następne kilka, kilkanaście godzin. Nie mogę zejść na dół. Nie miałbym gdzie usiąść. Sąsiad śpi pode mną, na łóżku obok siedzi trójka pasażerów, a resztę zagracają jakieś bagaże. Więc siedzę i patrzę się. To w przejście, to w okno. Nie wiem co ciekawsze. Jeden i drugi widok nie zmienia się od godzin. Stała, niezmienna nuda. Nikt nie pije wódki, nie ma kur ani kóz jak na Haiti, nie ma muzyki poza dziwnym sapaniem dobiegającym zza ściany. Nie ma nawet pająka, który plecąc pajęczynę dostarczył by mi jakiejś rozrywki, jakiegoś zajęcia. Zapowiada się prawdziwie leniwa niedziela. Poziom ekspert w nic nie robieniu. Gdyby nie to sapanie można by pomyśleć, że medytuję a tymczasem po prostu zwiedzam Rosję nie ruszając się nawet o krok. 

Zastanawiałem się dlaczego tak wiele osób marzy o podróży koleją transsyberyjską? Przez kilkanaście dni nie opuszcza się pociągu, za oknem wciąż ten sam monotonnie pusty krajobraz. Otchłań sięgająca po horyzont. Co nas tam ciągnie? Czy to chęć dotarcia na rubieże wielkiego imperium, na granice ludzkiego świata, podróż za nieznanym, a może jakaś nostalgia i pamięć o Sybirakach wywożonych na wschód. A może chodzi właśnie o ten wschód, o tą mityczność, niepojętość, o krainę naszych przodków. O miejsce skąd pochodzą Słowianie i miejsce gdzie wschodzi słońce. Może podróż na wschód jest podróżą do naszych korzeni, do natury, do nieznanego, próbą poznania siebie i próba zrozumienia tego co nas otacza. A może chodzi po prostu o bycie w drodze, bo czy jest jakaś dłuższa droga, dłuższa podróż od podróży na wschód?

0 comments :

Post a Comment