Dwa oblicza Haiti

Leave a Comment
Miałem trafić do haitańskiej oazy spokoju. Spotkani na drodze ludzie wciąż wspominali mi o Jacmel, miejscowości położonej na południu kraju. 
– Koniecznie jedź! Tam jest tak ładnie – mówili. 
Miejscowy guagua dowiózł mnie do Port-au-Prince. 2,5 milionowe miasto chaosu, bez wody, gdzie walka o przetrwanie rozgrywa się każdego dnia. 

W przydrożnych warsztatach, miejscowi próbują uszyć jakieś ubrania ze skrawków które im zostały lub które znaleźli. Są też stoiska z milionem śrubek, które nie wiadomo do czego służą. Są warsztaty z rozwalonymi samochodami. Tu niemal nic się nie marnuje. Nic, oprócz plastiku, który zalega niemal wszędzie. Tony plastiku. Głównie z opakowań po wodzie. Butelki, wiadra, kontenery, pojemniki, opakowania po chipsach. To tak jakby chodzić po jednym wielkim wysypisku śmieci. No i ten zapach. Ciężki do wytrzymania. Z czasem jednak można się przyzwyczaić. 

Na rogach ulic można spotkać dziesiątki motocyklistów, którzy krzyczą co chwila: „Moto, moto, moto.” Byle Was tylko gdzieś podwieźć. Jest to rodzaj lokalnej taksówki i wcale nie takiej taniej. Jeśli jesteś obcokrajowcem to dystans wewnątrz miasta nie ma znaczenia. I tak zapłacisz sto gourdów. 
Wsiadam. Wymuszanie pierwszeństwa, jazda po chodniku – to standard. 

Docieram na dworzec, a raczej zwykły pusty plac, skąd jak się dowiedziałem odjeżdżają autobusy do Jacmel. Zagraniczni pracownicy NGO’sów mają oficjalny zakaz używania transportu publicznego ze względu na bezpieczeństwo. Wszyscy przemieszczają się SUV’ami, 4x4, z prywatnym kierowcą, niekiedy przy eskorcie samochodów ONZ-tu. Na szczęście mnie to nie dotyczy. Mija dosłownie chwila i autobus znaleziony. Trochę ludzi w środku. Zajmuję miejsce przy oknie. Mija pierwsze piętnaście minut. Zjawiają się kolejne osoby. Siadają jedna obok drugiej, powoli bez pośpiechu. 
Aha – myślę sobie – czyli tak jak na Bliskim Wschodzie autobus ruszy w momencie, kiedy będzie pełny. 

Na Haiti, każdy autobus to jednocześnie targowisko z mnóstwem sprzedawców w środku. Hałas, nieustanne rozmowy. Ktoś krzyczy, ktoś kogoś wyprasza, kierowca mówi żeby ten już nie wchodził, a w między czasie dwie inne osoby wchodzą. Potem znowu ktoś kogoś wyprasza i tak w kółko. 

Minęło pół godziny. Coraz więcej sprzedawców, coraz więcej hałasu, coraz więcej dźwięków, coraz więcej wszystkiego. Półtorej godziny. Nadal siedzę w tym samym punkcie. Wszystkie miejsca zajęte, więc chyba pora ruszać. Ale gdzie tam! W każdym rzędzie składającym się z czterech foteli musi siedzieć sześć osób. Inaczej o jeździe nie ma mowy.
Siedzę dalej. Kierowca zapalił silnik ale co… Nagle wyszedł. No i się zaczęło. Do środka w przeciągu zaledwie ułamka sekundy ponownie wtargnęła cała masa sprzedawców. A to jakieś bułki, a to lekarstwa, pewnie część jeśli nie większość przeterminowana, jakieś witaminy niewiadomego pochodzenia, a to papierosy. Oczywiście w środku autobusu nikogo nie dziwi, że ktoś pali. A to cukierki, ktoś wodę podaje, tu kolorowe soki, napoje gazowane. No i oczywiście kury. Jakże inaczej. Muszą być i kury. Tym razem co prawda nie na sprzedaż, a jedynie do przetransportowania do wioski ale czymże byłby ten autobus bez kur. Siedzi sobie taki Pan przede mną i trzyma ową kurę na kolanach. Jak długo z nią wytrzyma? Nie mam pojęcia. A co jak mu zapaskudzi spodnie? Pewnie nic. Wytrze i pojedzie dalej. 

Po ponad dwóch godzinach autobus wreszcie ruszył. Droga przed nami to kolejne trzy godziny z czego godzinę zajmuje wydostanie się z miasta, a kolejne dwie już sama podróż. Podczas tej podróży, każde nawet najmniejsze napotkane miasteczko to oczywiście postój. Postój na co? Oczywiście na zakupy. Trzeba kupić jakiś chleb, coś do picia, słodycze, papierosy, może jakiś owoc, albo kurę, bo czemu by nie .

Po drodze zaczyna się prawdziwe Haiti. Całe miasta, miasta z namiotów. Mijamy ludzi handlujących węglem drzewnym. Panująca od roku na wyspie cholera wymusza picie wody jedynie przegotowanej, bądź filtrowanej. No ale kogo tu stać na jakiś filtr? Węgiel drzewny jest więc podstawą, która warunkuje przetrwanie w tym tropikalnym kraju. Otrzymują go z lokalnych wzgórz. Jadąc na południe widać całe połacie, pustych zielonych wzgórz, bez drzew. Nie wszędzie. Nie jest to kraj całkowicie bezdrzewny. Jeszcze…

Za obozowiskami uchodźców widzę co chwilę zniszczone budynki. Od trzęsienia ziemi nic się nie zmieniło. Wszędzie gruz, zwalone drzewa, jeszcze gdzieniegdzie leżące na domach. Całe domy poprzekręcane we wszystkie możliwe strony. Nadające się właściwie jedynie do wyburzenia. Wzdłuż drogi pełno kociołków z lokalnym jedzeniem. Wystawione na ulicach. Pod nimi żarzy się z wolna węgiel drzewny. Wkoło mnóstwo ludzi, którzy noszą wielkie tekturowe dykty, przypominające wyglądem transparenty polityczne. Jednak tam nie oznaczają one haseł politycznych ale prośbę. Prośbę pod tytułem: Kup mnie! Te tablice służą za przenośne sklepiki. Obwieszone są ze wszystkich stron kolorowymi okularami przeciwsłonecznymi, paskami do spodni, czapkami, wisiorkami, zegarkami, chustkami, latarkami, czy też innymi bliżej nie określonymi przedmiotami. Wszystko to Haitańczyk trzyma na drewnianym kiju, a w momencie sprzedaży opiera na swojej głowie. Tu niemal wszystko nosi się na swoich głowach. Począwszy od wody, którą noszą głównie dzieci, w wielkich podłużnych workach. Worek ten sprawia wrażenie przyklejonego do głowy dziecka choć takim nie jest, a wypełniony jest wodą zapakowaną w takie małe plastikowe folie przypominające dawne opakowania na polskie mleko z tym, że zdecydowanie mniejsze. Jakieś 250ml. 

Osoby nieco starsze noszą owoce, kosze z warzywami, chipsami, ręcznikami, ubraniami a nawet kurami! Poupychane, jedna obok drugiej. Często powiązane w pary, ze związanymi nogami. 
Ludzie stoją na rogach i krzyczą. Podchodzą, odchodzą, próbują coś sprzedać. Widziałem nawet kobietę niosącą na głowie kopaczkę, choć mógł to być kilof. Jeden szaleniec i lustro na głowie niósł. 

Jedziemy dalej. Tyłek od tego kilkugodzinnego siedzenia zaczyna już doskwierać. Kura jadąca obok gdacze niewzruszenie. Mijając lokalne wioski często widać po drodze dzieci, pasące krowy. Widać mężczyzn jadących na osłach, obładowanych, a to kukurydzą, a to trzciną cukrową. Zawieźć, by gdzieś i komuś to sprzedać. Często na próżno. Często wracają z pustymi rękoma.

Po trzęsieniu ziemi świat usłyszał o Haiti. Przypomniano sobie na chwile o tym niewielkim amerykańskim państwie. Zebrano pieniądze, kupiono żywność, którą wysłano na miejsce, a ludzie zaspokoili swoje sumienia. Problem w tym, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Haitańczycy otrzymali jedzenie, zaspokoili swój głód, ukoili pragnienie. Na chwilę… 
Minęły dni, tygodnie, miesiące, lata. Bez dachu nad głową, bez pracy, bez pieniędzy. Głód powrócił. Pewnego dnia, gdy spacerowałem po Port-au-Prince dotarłem do plaży. Grupa dzieci myła wielkie płachty z materiału. Do czego one służą? Nie mam pojęcia. Usiadłem w cieniu drzewa, by coś przekąsić. Nagle podeszło do mnie małe dziecko prosząc o coś do zjedzenia. Oddałem mu swoją jedyną kanapkę, po czym w ułamku sekundy pojawiła się grupa mężczyzn kilkudziesięcioletnich i wyrwali mu ją z rąk. Małemu dziecku! Taka jest siła głodu… 

Innym razem trafiłem na wzgórze zazdrości jak mieszkańcy Petion-ville, jednej z bogatszych części Haiti, nazywają sąsiadujące z nim wzgórze slumsów. Warunki… Dramatyczne. Skręciłem w jedną z uliczek tej dzielnicy. Patrzę, a tam grupa dzieciaków stoi na zboczu wysypiska śmieci i spogląda w dół. Podchodzę.

W dzielnicach slumsów granica między wysypiskiem śmieci, a przydomowym podwórkiem jest często całkowicie niezauważalna. Praktycznie nie istnieje. Płynnie przechodzi się z jednego stanu w drugi. Na takim wysypisku można znaleźć wszystko. Od nieczystości ludzkich po plastik. Resztki z obiadu. Jakieś warzywa, owoce, zjadane przez wypasające się tam kozy i świnie. Na samym dnie tego wysypiska widzę dwóch chłopaków. Jeden siedzi na ziemi i rozmawia z tym drugim. Młody. Na oko może 20 lat. W ręce ma jakąś łopatę. Coś przekopuje, czegoś szuka, coś wyciąga. Coś znalazł. Pokazuje drugiemu. Nagle zobaczyli mnie stojącego na górze. Machają do mnie. Nie zastanawiam się długo. Sięgam do plecaka w poszukiwaniu czegokolwiek co mógłbym im ofiarować. Znajduje jedynie 1,5 litrową butelkę wody… W połowie przeze mnie już wypitą. Jeden z tych chłopaków bierze ją ode mnie i z uśmiechem na twarzy mi dziękuje. 

Jadąc do Jacmel miałem nadzieję, że nieco odpocznę, dam chwilę wytchnienia dla swojej głowy, swoich myśli. Widok mijanych wsi napawał optymizmem. Tu życie jest inne. Mają jedzenie, schronienie. Często zwykła strzecha lub suszone liście bananowca, które pokrywają dach. Ściany? Różnie. Czasem z jakichś patyków, czasem murowane. Czasem całkiem ładne domy. Ładne jak na tutejszy standard. W oddali po lewej stronie piękne widoki. Strome zielone zbocza gór bez drzew. Mijamy zakręt za zakrętem. Autobus przechyla się z prawej na lewą stronę. Zaczyna padać. Prawdziwe oberwanie chmury. Po drodze widzimy rozwalony autokar, który prawdopodobnie chwilę temu uderzył w jakieś zbocze. Ludzie wyszli na zewnątrz. Część stoi na drodze, w deszczu, w nadziei, iż nadjedzie kolejny. Inni siedzą na krawężnikach i czekają. Część próbuje naprawiać. Część po prostu siedzi bezradnie i czeka. Zapłacili i nie stać ich na kolejny. 

Docieram na miejsce. Dystans między dworcem, a centrum przemierzam piechotą. Spacer zajmuje jakieś 40 minut. Idąc, po prawej stronie drogi widzę rzekę, a w jej górnej części zaparkowane samochody. Ich właściciele fundują im zasłużoną kąpiel. Kilkaset metrów poniżej spostrzegam kąpiących się ludzi. Od dorosłych mężczyzn po małe dzieci. Zupełnie nadzy. Tuż przy drodze. 

Schodzę niżej. Mijam kobiety robiące pranie na lewym brzegu. Ktoś na środek rzeki jakiegoś osła zaprowadził, a uparte zwierze nie chce iść dalej. 

Nieopodal przerażający widok. Leżąca na kamieniach krowa. Rozcięta na pół. Miejscowi ją oporządzają. Dookoła stoją dzieci przyglądając się całemu rytuałowi. Rzeźnia pod gołym niebem.
Nieco dalej widzę odrapane budynki, zniszczone domostwa, wciąż nie odbudowane po trzęsieniu ziemi. Widok jest niemal identyczny jak w Petion-ville. Są zapadnięte piętra, są wyłamane drzwi, popękane ściany. Gruz na ulicach. Nie ma namiotów! Nigdzie nie ma namiotów. Czyli rzeczywiście tu się ludziom lepiej powodzi. Jakoś sobie radzą. Może właśnie to jest to małe Haitańskie Eldorado. 
Zmierzam nad plaże. Tu nie ma plaży. Jest kilka łódek rybackich i… śmieci. Tony śmieci porozrzucanych po całym brzegu. Morze oddało to co mieszkańcy do niego wrzucili. Plastikowa plaża. Wśród tych śmieci, na piasku leży świnia ze swoimi prosiętami. Widzę ludzi stojących obok łódki, wyjmujących ryby z sieci. Dopiero co wrócili z połowu. Siadam na kamieniu. Nieco z boku. Nie chce się rzucać w oczy. Po chwili podchodzą do mnie dzieci i wołają: „Blanc, Blanc”, czyli biały i wskazują na brzuch. Po czym ruchem ręki pokazują, że są głodne. Nauczyły się kilku słów po angielsku i krzyczą: ”Daj dolara, daj dolara”

Podchodzę do ludzi stojących przy łódce. Bardzo ładna. Drewniana. Maszt wykonany z jakiejś folii. Raczej dwuosobowa. Właściciel łódki podchodzi do mnie bym zapłacił za zrobione zdjęcie, bo jakże by inaczej. Muszą z czegoś żyć. 

Wzdłuż brzegu znajdują się pozostałości po Hotelach, które ongiś otaczały zatokę. Stłuczone szyby, zapadnięte pietra. Krajobraz jak po wojnie, której tu nie było. Siadam w lokalnej knajpce. Zamawiam skromny obiad, z lekkim niepokojem co mi podadzą. Mięso z zardzewiałego i nieco ubrudzonego grilla, nakładane rękoma. Jakaś sałatka niewiadomego pochodzenia z wiaderka. Ryż z fasolą. Całkiem smaczne. 

Kelnerami w owej restauracji są dzieci. Małe dzieci. Mają może 8 lat. Chłopiec ubrany w niebieską koszulę, czarne długie spodnie no i lakierki. Dumnie prezentuje się. Podchodzi z prośbą bym mu zrobił zdjęcie. Z tyłu obok niego zza lady, wyglądają dwie dziewczynki. Nieco starsze. Jedna może mieć jakieś 10 lat, druga 12. Uśmiechamy się do siebie. 

W tym miejscu o którym zapomniał świat spotykam dwójkę obcokrajowców. Dawida i Tessę. Pracownicy organizacji międzynarodowych z Holandii. Pracują dla lokalnych NGO’sów. Próbują pomagać miejscowym. Widać, że całkiem im to wychodzi. Ludzie ich znają, witają się z nimi, 
Zaczynamy rozmawiać. Pytają się co tu robię. Nie wierzą kiedy mówię im, że jestem studentem, turystą. Przyjechałem zobaczyć jak wygląda to miejsce na ziemi. I bardzo prawdopodobne, że właśnie w owej chwili byłem jedynym turystą na Haiti. Opuszczam plażę i trafiam do centrum. Rzeczywiście jest tu inaczej niż w Port-au-Prince. Tu przede wszystkim są budynki. Gdzieniegdzie widać nawet stare kamienice. Jedną nawet remontują. Większość budynków jest co prawda uszkodzona ale nie ma namiotów, a już sam ich brak sprawia, że rzeczywiście można się tu ciut lepiej poczuć. Choć dla człowieka zachodu widok wciąż przerażający. 

Po kilku godzinach wracam do stolicy. Wysiadam na dworcu. Wkoło ruch, wszechobecny ruch. Jeden mężczyzna proponuje, że pomoże mi dojechać do Petion-ville. Kobieta siedząca tuż obok mnie wysiada i po chwili bez skrępowania sika przy wszystkich na ulicy. Nikogo to nie dziwi. Ciemność miasta ją kamufluje. 

Docieram do centrum Petion-ville. Podążam znaną już sobie drogą w kierunku parku, skąd odbierze mnie mój znajomy. Pod Hotelem podchodzi do mnie młody chłopak. Żółta koszulka Brazylii, jakieś krótkie lekko postrzępione spodenki. Uśmiech od ucha do ucha. Niezwykle radosna osoba. Zamieniam z nim kilka słów. Pytam się co robi. Mówi, że studiował i właśnie tam nauczył się języka. Trochę hiszpańskiego, trochę angielskiego. Tu gdzieś w lokalnej szkole. Nie prosi o pieniądze, prosi o pracę. Na pewno znam jakiegoś Bossa. A ten Boss może jakiegoś innego Bossa i może w ten sposób on dostanie prace. Wydaje się naprawdę inteligentnym chłopakiem. Ma 21 lat. Ma jedno marzenie w swoim życiu. Chciałby kiedyś podróżować, chciałby zobaczyć jakiś inny kraj, jakieś inne miejsce ale wie, że nie będzie mu to dane. Dwóch ludzi, dwa światy, wspólne marzenie, tylko możliwości nie te same…
















0 comments :

Post a Comment